Camino tinto - dzień 16
Zamajaczył ten Koniec Świata, oj, zamajaczył. Nagle wszystko stało się możliwe. Z każdym krokiem sączył się do mego łba pomysł, by przyspieszyć zdecydowanie i przegonić własne plany.

Camino tinto - w 31 dni na Koniec Świata. Dziennik pieszej wyprawy
autor: Jacek Kiełpiński
Dzień 16
Carrion de los Condes - Sahagun
15 października 2008, środa.
Droga do Sahagun, 39 kilometrów. Ale z chłodzeniem nóg.
Przełom. Antkowiak też to miał w tym miejscu. Z tego religijnego Carrion ciężko dojść gdzieś bliżej, bo jakoś tak się nie układa - schroniska nie takie, sklepów brak. Człowieka gna dalej i to ostro dalej.
Lew galicyjskich rowerzystów okazał się mocno przereklamowany. Wydawał w nocy postękiwania zaledwie. Nawet przez chwilę nie pomyślałem, by sięgnąć po tamponas, które ciągle niosę dla Hiszpańczyka spotkanego w Zubiri. Gorzej z komarami. Żerowały łapczywie.
Średnio więc wyspani, po szybkim, dżemowym śniadanku, ruszyliśmy w ciemnościach, gdy Księżyc był w pełni. A tu mi Zając promienieje! Iskierka energii! Pomyka lekko i szybko przede mną. Obraca swe ciało mistyczne tanecznie. Idzie tyłem, bokiem, skacze. Uśmiecha się do siebie, do mnie, do Księżyca. Absolutnie szczęśliwa o nocnym świcie.
Gdzieś w połowie słynnej długiej, siedemnastokilometrowej, potwornie monotonnej, prostej do Calzadilla de la Cueza, nazywanej przez niektórych "drogą pustynną", spotykamy Antona. Musiał wyjść sporo przed nami, bo szliśmy do tego miejsca bardzo szybko, wyprzedzając wszystkich po drodze. A jego doganiamy akurat tu. W miejscu idealnym, bo obok jedynego na tym odcinku baru pod gołym niebem. Czyli będzie okazja pogadać!
- To trzeba mieć szczęście - przekuwam szerszą refleksję na najprostszy angielski.
- Happy day - przyznaje Anton.
Bar należy do faceta, który nie ma litości: - Skoro mi jako jedynemu chciało się tu, na tym pustkowiu prowadzić interes, to wy mi teraz płaćcie ostro, peregrinos, bo jesteście jedynymi moimi klientami.
Co racja, to racja. Tylko peregrinos korzystają z tej drogi. Chyba tylko tym cholernik może usprawiedliwić fakt, że za kawkę w małym plastikowym kubku chce dwa euro.
- No, oby cię obesr... - hamuję się z trudem płacąc za tę drobną przyjemność.
Anton, też z bólem, kupuje sprite'a. Częstuje czekoladą. My go orzeszkami.
Rozmawiamy o... angielskim, jakim rozmawiamy. Taka refleksja filologiczna nas naszła.
- "Tomorrow. Twenty kilometres. Stop. Sunday" - cytuję Antona, podkreślając kunszt lapidarności.
Anton ubawiony. Twierdzi, że ma lepszy przykład.
- "Weather. Good. No sun. No rain" - cytuje siebie z pamięci.
Ryczymy ze śmiechu. Rozumiemy się bez zbędnych słów. Wystarczą te proste przekazy. Po co to wszystko komplikować?
Nie pożegnaliśmy się. Bo po co? Tu nikt się nie żegna. Na szlaku wszyscy wyłącznie się witają. Hola! Hola! Cześć! Cześć! Nikt nie zakłada, że widzimy się po raz ostatni.
W Calzadilla de la Cueza oczarowuje kolorami miejscowe albergue. Jest i okolicznościowy landszafcik i automat z napojami i żaluzja stylowa, a nawet fioletowy kubeł na śmieci tu pasuje. Harmonia.
Spotykamy Scotta z kolegami, częstują figami i orzechami. Nagle czujemy, że solidnie zgłodnieliśmy. Jemy śniadanko na placu zabaw. To jakaś norma - albo ciągnie nas na wyżerkę pod kościół albo na taki plac. Są tam ławeczki. I absolutny spokój - dotąd nie widzieliśmy ani jednego dzieciaka korzystającego z huśtawek i piaskownicy.
Francuzi z Taize szukają kolegi, który z błogostanem na obliczu przeszedł przed chwilą i zamiast iść szlakiem wkręcił się pomiędzy domy, pewnie tak jak my szuka sklepu.
- Nic z tego, w tej miejscowości sklepu nie ma - zapewniła nas wcześniej starsza Hiszpanka.
Pewnie, po co? Wystarczy bar, pod którym właśnie osiadła Cloudia.
Mijamy kolejną smutną rzeczkę o zachęcającej nazwie - Rio de la Cueza. Zasadniczy problem - wody brak.
W Terradillos de los Templarios zaczynamy stanowczo szukać Diallów. Schronisko reklamowane od dawna znajduje się na skraju miejscowości. Parterowy, wielki barak, z potężnym ogrodzonym terenem. Niezbyt nam się tu podoba.
- We are looking for our friends... - pytamy o panią i pana Diallo.
Na szczęście tutaj się nie zatrzymali. Podobnie w kolejnym schronisku, gdzie pijemy wodę z kurka w murze. Cloudii to za mało, zamawia kawę, bo czuje się słabo. My idziemy.
Zaczyna się świat ziemianek. Górki jak sery szwajcarskie, z każdej strony pełno małych okienek i wejść do podziemnych pomieszczeń. Nawet nie ma kogo o nie spytać. Pewnie, że warto byłoby coś takiego zwiedzić, ale nie będziemy się włamywać.
Suchych i monotonnych pól ciągnących się po horyzont dogląda mały niebieski renault 4. To tutaj najpopularniejsze auta, takie rolnicze pojazdy nie do zdarcia i na każdą drogę, jak kiedyś u nas tarpany - auta dla wsi.
Kasia chciała stawać ostatecznie w San Nicolas del Real Camino, przed granicą pomiędzy Palencją i Leon. Tak po prostu sobie wymyśliła. Zresztą, ponad trzydzieści kilometrów na dzisiaj stanowczo wystarczy. Pod schroniskiem trafiamy na Bernadette i Ibrahimę. Baaardzo głośno się witamy. Ta cichutka miejscowość chyba dawno nie słyszała takich krzyków.
czytaj więcej:
123
kategorie:
wyprawy
turystyka
przyroda
podróże
camino
zostaw komentarz:
komentarze internautów:2010-10-16 00:56
(+odpowiedz) Zajebiaszczo się to czyta; stan drogi, krok po kroku... I bohaterowie tej powieści, których jakbym już sam znał... Chcę jeszcze!
DZIENNIK WYPRAWY: 31 marca. W Toruniu planujemy być w piątek 1 kwietnia, o godzinie 14.30
Łukasz nie widzi, Piotr nie ma płuca, 29 stycznia zdobyli Aconcaguę!
DZIENNIK WYPRAWY: 26 marca. Nerwy nam puszczają. Przyjaźń polsko-rosyjska wisi na włosku...



























