Lekarz dusz
...cd.Misja Ukraina: Dwa tygodnie w domku św. Marcina
W drugim tygodniu wrócił ojciec Misza. Spodziewałyśmy się starszawego księdza, poważnego i ułożonego. Nasze wyobrażenia prysły, gdy ojciec Misza wparował do domku po raz pierwszy. Mężczyzna po trzydziestce, ciemne kręcone włosy, broda i uśmiech, który zapewne kręciłby się dookoła głowy, gdyby nie uszy. Uśmiech ten towarzyszy mu bezustannie od rana do wieczora, z krótkimi przerwami na chwile, gdy ktoś coś przeskrobie. Wtedy na pierwszym planie jest spojrzenie, pod którego naciskiem ugina się nawet najbardziej zatwardziały opryszek.
Ojciec Misza jako jedyny potrafi kontrolować dzieci, dogadać się z nimi i sprawić, by słuchały jego zaleceń. Ojciec Misza jest trochę jak lekarz dusz, ściąga do domku wszystkich i wszystko co potrzebuje uzdrowienia, nawet jeżeli samo o tym nie wie. Sprowadza do domku bezpańskie zwierzęta, które znajduje ledwo żywe, zmarniałe rośliny, które każdy inny człowiek wyrzuciłby na śmietnik, dzieciaki, którymi nikt się nie interesuje, a nawet wolontariuszy z innego kraju, którzy podskórnie czują, że czegoś im w życiu brakuje. Wszystkie te poranione stworzenia trafiają do domku św. Marcina i zostają uzdrowione.
Gdy wrócił ojciec Misza, w domku powoli i bardzo nieśmiało zaczęły pojawiać się dzieci. Najpierw jedno, potem trójka, w połowie tygodnia całkiem spora gromadka. Zaczęły pomagać nam w domowych pracach. Starałyśmy się szczelnie wypełniać im czas. Zazwyczaj przez pół dnia uczyłam dzieci, jak robi się żurawie z origami. Nie obyło się bez problemów. Na początku dzieci w ogóle nas nie słuchały, ale powoli przejmowałyśmy inicjatywę. Bardzo szybko przekonałyśmy się, że z tymi dziećmi niczego się nie zwojuje krzykiem. Jedyne co działało, to stanowczość, w połączeniu z ciepłem i serdecznością. Każde z dzieci przeszło w życiu naprawdę wiele, więc szukały u nas tego, czego nie znajdywały nigdzie indziej. Dobrego słowa, namiastki czułości lub zwyczajnego zainteresowania.
W Fastowie dzieciństwo właściwie nie istnieje, dzieci dorastają tam bardzo szybko i bardzo szybko muszą nauczyć się same o siebie dbać. Ojciec Misza poprzez domek stworzył im bezpieczną przystań, gdzie chociaż przez jakiś czas mogą poczuć się jak dzieci. Poza tym uczą się normalnego życia, począwszy od mycia zębów, aż po zasady moralne.
Ciężko jednak zmienić podejście do życia młodego człowieka mając do dyspozycji jedynie kilka godzin dziennie. Dlatego ojcu marzy się ośrodek z prawdziwego zdarzenia, miejsce w którym podopieczni mogliby nocować i zostawać na dłużej. W którym czuliby się bezpieczne. Marzenie bardzo trudne w realizacji, jednak - znając ojca Miszę - w końcu dopnie swego.
I tak oto, nim się obejrzałam, minęły prawie dwa tygodnie. Nie byłam jednak gotowa jeszcze wracać. Wszystko we mnie burzyło się przed powrotem do domu. Wtedy właśnie narodził się pomysł, by ruszyć w dalszą podróż. Moja imienniczka Dominika i Asia, dwie dziewczyny, z którymi mieszkałam w pokoju, chciały pojeździć jeszcze trochę po Ukrainie, skorzystać z okazji, że są w obcym kraju, do którego nie wiadomo kiedy wrócą. Plan był prosty - z Fastowa ruszyć pociągiem do Simferopola, czyli stolicy Krymu, spędzić tam jeden dzień, wieczorem wsiąść w pociąg do Odessy, w Odessie również spędzić jeden dzień i następnie ruszyć do Lwowa, skąd do Polski jest już rzut beretem. Dodatkowe trzy dni. Po krótkim namyśle zgodziłam się jechać z nimi.
Bilety na całą tę wyprawę postanowiłyśmy kupić już w Fastowie, żeby potem już o tym nie myśleć. Na dworcu zakupiłyśmy bilety z Fastowa na Krym oraz z Krymu do Odessy. Okazało się, że nie ma już biletów z Odessy do Lwowa na termin, który nas interesuje. Trochę krzyżowało nam to plany, jednak nie przejęłyśmy się tym zbytnio. Zgarnęłyśmy nasze bilety i stwierdziłyśmy, że w Odessie coś się wymyśli.
Jest 16 sierpnia, siedzę w pociągu do Simferopola. Dominika i Aśka, moje towarzyszki podróży, siedzą obok i bawią się z brzdącami z sąsiednich pryczy. Za mną Fastów, przede mną Krym i wielka niewiadoma jaką jest powrót do domu. Gdy patrzę przez okno na bezgraniczne pola płonące ognistą czerwienią zachodzącego słońca, wiem że jakoś to będzie. W żyłach buzuje adrenalina a po głowie kołacze mi się zdanie: KU NOWEJ PRZYGODZIE!
czytaj więcej:
123
kategorie:
ukraina
podróże
Misja Ukraina podobne artykuły:
Pustynne dziś Camino, a na końcu szara, niepozorna siostrzyczka robi hokus pokus



















