Lekarz dusz
Ojciec Misza przygarnia bezpańskie zwierzęta, zmarniałe roślinki, zagubione dzieciaki... i wolontariuszy, którzy czują, że czegoś im w życiu brakuje. Wszystkie te poranione stworzenia trafiają do Domku św. Marcina. I zostają uzdrowione.

Od autorki:
Na Ukrainę wybrałam się w ramach wolontariatu. Na własną rękę dotrzeć musiałam do Fastowa, małej miejscowości niedaleko Kijowa, a dokładnie - do Domku św. Marcina. To placówka misyjna prowadzona przez Dominikanów, w której dzieci mocno doświadczone przez los uczą się, bawią, jedzą, myją i robią wszystko to, co jest akurat potrzebne. Zjeżdżają tu wolontariusze z Polski i z Ukrainy. Domek św Marcina był celem mojej podróży, jednak - jak się okazało - nie jedynym. W Fastowie powstał plan dalszej podróży. I tak, zamiast dwóch tygodni, na Ukrainie spędziłam prawie miesiąc. Ostatnie tygodnie w drodze.
Więcej na temat:
autor: Dominika Luks
Misja Ukraina: Dwa tygodnie w domku św. Marcina
Fastów to miejsce niezwykłe. Nawet dziś, gdy redaguję zapiski sprzed roku, budzi we mnie silne emocje.
Kiedy zmyłam z siebie zapach pociągu i wspomnienie ponad 40-godzinnej podróży, jedyne co zdołałam zrobić pierwszego wieczora po dotarciu do domku św. Marcina, to pochłonięcie kolacji i położenie się spać. Zasnęłam w tej samej chwili, w której moja głowa dotknęła poduszki.
Następnego dnia dziewczyny wprowadziły mnie w zawiłości domkowego życia. Okazało się, że na razie dzieci nie przychodzą ponieważ mają zakaz. Jakiś czas przed moim przyjazdem zwinęły z domku sporą sumę pieniędzy i muszą czekać aż wróci ojciec Misza, czyli pomysłodawca, serce, dusza i głowa tego miejsca, i przeprowadzi z nimi rozmowę. Oprócz mnie, w domku było jeszcze sześć innych dziewczyn. Przysłowie o sześciu kucharkach w naszym wypadku nie sprawdzało się zupełnie.
Nie było dzieci, ale i tak nikt się nie nudził. Pozostawał bowiem liczny zwierzyniec, którym trzeba było się zająć. W skład naszego małego zoo wchodziły dwa psy labradory (Sem i Rosa), pięć kotów (matka Alina i cztery schorowane kociątka: Latte, Mocca, Strzała i Garfield) oraz dwa króliki (Stewart i Johny).
Najmniej kłopotliwe były króliki, raz na jakiś czas dolewało im się wody i dorzucało świeżych chwastów, natomiast cała reszta towarzystwa to zupełnie inna bajka. Psom codziennie trzeba było gotować kurze łapy z kaszą, zajęcie do granic możliwości obrzydliwe. Kociątka, gdy trafiły do domku, były ledwo żywe i prawie ślepe, tak słabe, że nie miały siły się ruszać. Trzeba więc było przemywać im oczka, karmić je i pilnować, by nie zrobiły sobie krzywdy, gdy odzyskały nieco siły.
Oprócz opieki nad zwierzętami zajmowałyśmy się również domem i jego otoczeniem. W domku poza zalaniem wszystkiego Domestosem, postanowiłyśmy nieco upiększyć wnętrze. Naszym pierwszym dużym zadaniem był lifting łazienki. Zdrapałyśmy z kafelek stare rysunki, łącznie z gigantyczną i przerażającą ośmiornicą, która łypała złym wzrokiem znad wanny i szczerzyła ogromne kły na każdego kąpiącego się. Po dokładnym oczyszczeniu ścian naniosłyśmy na kafelki własne wzory, które odrysowywałyśmy od wcześniej przygotowanych szablonów.
Odskocznią od siedzenia w łazience było pielenie. Gdy przeczesywałyśmy teren za domkiem okazało się, że wśród chwastów ukryty jest ogródek. Zaczęłyśmy więc pielić. Po kilku dniach zarośla przypominały już regularne grządki.
czytaj więcej:
123
kategorie:
ukraina
podróże
Misja Ukraina podobne artykuły:
Pustynne dziś Camino, a na końcu szara, niepozorna siostrzyczka robi hokus pokus


























