Camino tinto - dzień 15
Długie, mozolne, zamuszone, dojście do miasta pełnego przyjaciół i ciepłych energi - tak to dziś wspominam. Carrion to druga miejscowość, po świętym Villamayor de Monjardin, w której czuję moc.

Camino tinto - w 31 dni na Koniec Świata. Dziennik pieszej wyprawy
autor: Jacek Kiełpiński
*
Dzień 15
Boadilla del Camino - Carrion de los Condes
14października 2008, wtorek.
Droga do Carrion de los Condes - ponad 25 kilometrów. Szybkich, bo muchy gonią.
O jakiej ty rzece Serafin gadasz? Za twoim murem jest coś w stylu klasycznego polskiego rowu melioracyjnego. Coś ci nakłamali z tymi wężami. Może to wąż rowowy był raczej?
Po zamknięciu na zatrzask drzwi schroniska czujemy się ostatecznie przez Serafina pożegnani. Gdybyśmy teraz przypomnieli sobie o czymkolwiek, jakimś ciuchu, ręczniku - musielibyśmy pokonywać mur, tak jak ten gad, strażnik butów.
Mgła. Dopiero po jakimś czasie odkrywamy, że przemy nad prawdziwym, szerokim kanałem. To już coś zdecydowanie nadającego się do zahaczenia wiosłem, jak prawdziwa rzeka - tutejsze węże muszą być grube jak męskie ramię!
Takie mleko, że nie da się docenić w pełni widowiskowej zlewni Canal de Castilla z XVIII wieku. Akurat doganialiśmy Diallów, więc chwilę wspólnie zadziwiliśmy się nad tak rzadką, ogromną ilością wody w jednym miejscu na hiszpańskiej ziemi i zarazem pospieszną budową muru wokół domu położonego najbliżej. Jego właściciel z takiego sąsiedztwa wyraźnie nie był zadowolony i wolał się odseparować. Dziwne. Może bał się tutejszych węży?
Każdy ma swój świat, swoje Camino de Santiago, swój czas, swoje tempo - więc długo z Ibrahimą i Bernadette nie szliśmy.
We Fromiście jesteśmy sami. Dosłownie, bo puste i senne to miasteczko. Na rynku kran z wodą potable. Źródło owo wybudował tutejszy Rotary Club, o czym nie omieszkał przypomnieć na okolicznościowej tabliczce: - Daliśmy wam wodę, jesteśmy jak Pan Bóg. On dał światło i powietrze, my dorzuciliśmy resztę. Jakby co, to pamiętajcie o tym.
Gdy Zając kupował kartki pocztowe w jakimś sklepiku, ja rzuciłem się do kijków, których stał tam cały kosz. Nawet były takie przypominające kijki do nordic walking z racji uchwytów na ręce. Ale reszta konstrukcji plastikowo-delikatna. Gdzie im tam do Antonowych! Jakiś roztrzęsiony amortyzator, czyli sprężyna w tulei - coś co musi się zepsuć. Po co to?
- To jakieś kompletne gówno - orzekłem głośno. Pani ekspedientka na szczęście nie zrozumiała, nie wyczuła intonacji, intencji, niczego. Chyba nawet przez chwilę myślała, że toto kupię. Że gówno, znaczy: dobre.
Chwilę później palimy na ławce fajki świeżo przeze mnie skręcone z dobrego tytoniu Virginia zakupionego w Navarrete. "Virginia o 10.20". Jak "3.10 do Yumy". Pusto, nie ma nawet kogo spytać o skrzynkę pocztową.
- Napatoczy się "język", spoko - naprawdę nie mam wątpliwości. Może trzeba będzie spalić jeszcze po jednym, ale w końcu ktoś tędy przejdzie i powie.
Gasząc wiedzieliśmy już wszystko. Do skrzynki trzeba iść w lewo, jest gdzieś koło carnicerii, czyli rzeźnika. Chodźmy, tam lubią pokazywać przechodniom towar! To miasto jest jak teatr. Bo pusto i tylko my się miotamy po scenie, jak u Becketta. Po drodze wpadamy na charta Lucasa. Czeka na swego pana, który jest w barze... i pozdrawia nas właśnie szeroko uśmiechnięty!
Czas stąd ruszać. Mgły opadają, robi się coraz cieplej.
Gdy docieramy do szosy w Villarmentero de Campos jest już prawdziwy upał. Będziemy śniadać. Gdzie tu jest kościół? Znajdujemy zrujnowane coś w tym stylu. Schody dość brudne i zakurzone, ale ławek dla starszych parafian tu także nie mają. Więc się rozsiadamy na stopniach, trochę odgarniając większe śmieci. Nie przeszkadza nam absolutnie nic i nikt. Przez chwilę słychać dźwięk silnika, ale auto zatrzymuje się gdzieś z tyłu, za budowlą. Przed nami jakieś domy i widok na pola. Nikogo. Nikogusio przez cały święty czas drugiego śniadania. Naranja, sardynki, bagietka, serki topione. Te najprostsze czynności. Jak czułości. Podawanie sobie wszystkiego nawzajem, podsuwanie, wyczuwanie intencji. Żadnego: "podaj to, podaj tamto". Przecież wiemy, czego w każdej chwili potrzebujemy. A sok ma temperaturę idealną.
Ostatni odcinek to prosta długodystansowa. Idziemy wzdłuż szosy dziesięć kilometrów. Jak strzelił. I stało się, niestety. Gdy wiatr zanikł, natychmiast pojawiły się muchy. I to jakie! Takiego zamuszenia dotąd nie poznaliśmy. Włażą do nosa, gardła - potrafią wcisnąć się wszędzie. A przecież idziemy potwornie szybko, więc oddychamy... pełną gębą.
Nagrywam filmik. Widać wyraźnie ten czad i Kasię nabuzowaną pędem. Okazuje się, że szliśmy z prędkością siedem kilometrów na godzinę. Szybciej z plecakiem chyba się nie da. A może... Jeszcze kiedyś spróbujemy.
czytaj więcej:
123
kategorie:
wyprawy
turystyka
słońce
podróże
kultura
camino Pierwsze objawienie na Camino. Kijki! Ale tylko do nordic walking. Jak zwierzak, na czterech.
Camino de Santiago
Burgos. Wreszcie duże miasto. Śmierdzi, ale ma swoje zalety.
Ilu pielgrzymów widziały przewracające się dziś domy, których gruz spada na szlak?

























