kajaki
forum
sklep

Camino tinto - dzień 14

Deszcz, potem upał. Płaczące pustynne miasto. Dalej Meseta w najlepszym wydaniu. Ukrop. Tu gdzieś przebiega granica życia i śmierci. A jacyś porąbani zwolennicy straszenia próbują mnie trafić kościotrupem?  

Camino tinto - dzień 14
Po co straszyć śmiercią w tak prymitywny sposób? Wystarczy przejść po suchym płaskowyżu, by się przerazić.

Camino tinto - w 31 dni na Koniec Świata. Dziennik pieszej wyprawy

data publikacji: 2010-07-16

autor:
Jacek Kiełpiński

*

Dzień 14

Hontanas - Boadilla del Camino

13 października 2008, poniedziałek.

Droga do Boadilla del Camino. Ponad 29 kilometrów i jedna niezła góra.

Wychodzimy w deszczu. Nie ostrym, ale uczciwie nasączającym. Przy drzwiach schroniska ścisk, bo wszyscy uprzedzają się nawzajem, że staaanooowczooo warto coś na siebie narzucić. Więc każdy wyciąga ze spakowanego już starannie plecaka, najbardziej bojowe ciuchy. Tak rozpoczyna się Międzynarodowy Pokaz Sprzętu.

Diallowie idą przed nami odziani w długie poncza narzucane także na plecaki. Oczywiście firmy quechua. Chyba wszyscy Francuzi na Camino de Santiago są jej oddanymi wyznawcami. Z tyłu widać cieńsze, foliowe wręcz płaszcze. Są nawet absolutni tradycjonaliści, stosujący... parasole. W sumie, czemu nie? Kurtkowcy w tych warunkach zdecydowanie wypadają najbardziej blado. Bo, jakie by te kurty nie były, z jak cudownych, przemyślnych materiałów, i tak nie ochronią nóg. Z kurtek woda ścieka na spodnie i nie jest fajnie. Zimno. A po pięciu kilometrach sztywnieją kolana.

Kasi kurtka, choć absolutnie wodoszczelna, ma tę wadę, że podcieka. Ma więc Zaj mokre nawet uda. Za to jej czerwone spodnie trekkingowe hannah okazują się genialne - schną błyskawicznie, wystarczy po dziesięciu kilometrach deszczowego nasączania wejść do baru na cafe con leche, a robią się suche po dziesięciu minutach. Moja niemiecka kurtka, 3-Lagen-Laminat w maskowanie flektarn, chyba nie przepuszcza pary, bo robi się wilgotna od środka. Czyli, nie mamy niestety na sobie samych dobrych wynalazków. Obyśmy często deszczu na trasie nie spotykali.

Pogoda poprawiła się w Castrojeriz. Wcześniej mijaliśmy Convento de San Anton, ruiny kościoła, przez które poprowadzono szosę. Człowiek ociera się o rzeźby z odpadającymi nosami. Zagapiliśmy się chwilę w te zniekształcone twarze, które kiedyś mozolnie dopieszczano używając najsilniejszego, wydawało się wówczas, wręcz wiecznego materiału. Może i dwunastowieczni artyści mieli na tyle wyobraźni, by zdawać sobie sprawę, że czas jest w stanie zniszczyć nawet kamień, ale ten asfalt w świątyni... Tego nikt by nie wymyślił.

Castrojeriz to miejscowość naszpikowana zabytkami. I każdy robi wrażenie już samymi makabrycznymi rzeźbami na murach. Te potworki typu memento mori... Ale powala już stojąca na wejściu do miasta figura Chrystusa ukrzyżowanego pozbawionego głowy. Makabra. Skojarzenia dość oczywiste - Celtowie głowy pokonanych wrogów zachowywali na pamiątkę. Aż dziw, że w tak katolickiej Hiszpanii nikt się nie wziął za naprawianie głowy Zbawiciela na skraju świętego Castrojeriz. Już na te brakujące nosy świętych z San Anton machnijmy ręką, ale coś takiego?

Stanęliśmy w sklepie ze sprzętem sportowo-turystycznym. Wystawa wszelakich ciuchów tak zwanych aktywnych. Może trzeba było kupić koszulkę superoddychającą za 20 euro? By nie czuć tego przejmującego zimna, gdy staje się z mokrymi plecami po dłuższym odcinku szybkiego marszu? Może.

- A, olał pies.

Skoro tak długo łażę mokry i zimny, to przecież mogę nadal. Kasi zaś w ogóle taka koszulka niepotrzebna, bo nie poci się ani trochę. Przecież jest fenomenem fizjologicznym.

Przed nami góra wysoka i płaska. Wizytówka Mesety. Na podejściu ściga nas dziewczyna z wielkim kijem pielgrzymim, takim, że mogłaby odganiać rekiny, gdybyśmy byli na morzu. Za nią stary znajomy. Scott we własnej osobie! Okularki ciemne, bezrękawnik co trzeba odsłaniający, amerykański luzik.

W połowie podejścia dochodzimy z Zającem do wniosku, że lubimy iść pod górę. Kilometry po płaskim nie są tak wymowne. Wolimy pikantniejsze potrawy.

 

foto
Najgorszy jest deszcz stojący.

A na szczycie życia nie ma.

- Jak na Marsie! Uhu! - Ibrahima, który we wspinaczce był z nas najszybszy, zaczyna udawać człowieka stawiającego pierwsze kroki na Czerwonej Planecie. Podskoki w stylu Armstronga na Księżycu.

Dojeżdżają dość skatowani rowerzyści. Niektórzy na finiszu chcą błysnąć formą i ostatnie sto metrów cisną pedały z całych sił. Zasługują na oklaski, więc klaszczemy.

Dalsza droga przez Mesetę okazuje się już łatwiejsza. Wyprzedza nas niewysoki, śniady chłopak w żółto-czarnym buffie na głowie. Sympatyczna gęba.

- Hola, hola! Buen Camino! - i prawie truchta do przodu. Taki sportowawy gościu.

Ozłocić należałoby Itero de la Vega - miejscowość przyjazną wędrowcom. Knajpa, agua potable, kilka albergues i co najważniejsze - otwarty, mimo przesunięcia z niedzieli święta narodowego, sklep - supermercado wiejskie!

Nie dość, że za sok naranjowy, wino El Conquistador w kartonie i sardynki zapłaciliśmy zaledwie 2,60 euro, bo sklepowa zrobiła tak zwaną promocję, to jeszcze wytarła stolik i spytała gdzie go postawić?

- Może na słoneczku, na środku ulicy?

Woleliśmy bardziej w cieniu, raczej na chodniku.

- To zapraszam tutaj! Por favor!

Drugie śniadanko klasik. Buła świeża z serkiem topionym, tuńczyk i el zumo de naranja. No, tak można żyć.

Aż tu nagle widzę, że jakiś robal łazi po plecaku. Strącam. Kasia reaguje błyskawicznie.

- Mamy ją! To paskuda! Pluskwa jedna! - szybkim ruchem buta kończy owadzie marzenia o podróży do Santiago. Kończy robala w ogóle.

Czyżby to była ta cholera, która najpierw pogryzła Zająca na brzuchu w łóżku mahoniowej Baskijki w Saint Jean Pied-de-Port, a potem mnie regularnie skubała, głównie po udach, od czego mam ropne pamiątki? Czyżbyśmy mieli już mieć spokój z insektami?

W stojącym upale dochodzimy do Boadilla del Camino. Strzeliłem do przodu zrobić zwiad i nadziałem się na skraju miejscowości na otoczone murem schronisko reklamujące się jako zupełnie nowe. To była właściwa rzecz we właściwym miejscu, bo Zaj miał już szczerze dość, nogi mu siadały.

A tu wita nas niejaki Serafin, człowiek w czapeczce kierowcy paryskiej taksówki, gadający dziwnym angielskim, bardzo szybko.

- Witam w moim domu. Dalej macie schronisko municypal, tak, rzeczywiście, i to za pięć euro, ale bez kuchni. U mnie sześć euro, ale za to super kuchnia, internet gratis, muzykę można włączyć, telewizję też, jest i gitara, jak ktoś umie grać, oczywiście, możecie sobie także nagrzać w kominku, ale przecież jest dość ciepło...

Gaduła straszny i pewny siebie, ale chyba do polubienia.

- Buty zostawiamy tutaj, specjalne pomieszczenie, follow me - skręca dziko w bok.

Otwiera drzwi z rozmachem i wali przodem. Musi używać automatycznego pilota, skoro nie zauważa węża wijącego się tuż obok ażurowej szafki służącej najwyraźniej do stawiania obuwia.

- Snake - samo mi się mówi.

- What?

- Snake.

- Where?

- Here.

- Oh! Shit! Snake! - aż podskakuje, bo gad wije się dziesięć centymetrów od jego nogi.

Mimo chwilowej paniki, Serafin myśli logicznie i działa sprawnie. W momencie znajduje łopatę i miotłę. Spod szafki nagarnia wijącego się zwierzaka, przydusza, wyskakuje z budynku, biegnie do muru i jednym ruchem ciska gada na drugą stronę.


czytaj więcej:

123

kategorie: turystyka przyroda podróże camino

fotofotofotofotofotofotofotofotofotofotofotofotofoto
Polub zwinkę:
komentuj zostaw komentarz:
podpis: *




turing < przepisz tekst z obrazka po lewej




aktualnie brak komentarzy, możesz być pierwszy!
 
zobacz też:
z tego tematu:
Camino tinto - dzień 15
Pustynne dziś Camino, a na końcu szara, niepozorna siostrzyczka robi hokus pokus
Camino tinto - dzień 13
Pierwsze objawienie na Camino. Kijki! Ale tylko do nordic walking. Jak zwierzak, na czterech.
Camino tinto - dzień 12
Camino de Santiago
Burgos. Wreszcie duże miasto. Śmierdzi, ale ma swoje zalety.
Camino tinto - dzień 11
Camino de Santiago
Szybkie, małe, zwinne góry do południa i pierwsza laba
Camino tinto - dzień 10
Ilu pielgrzymów widziały przewracające się dziś domy, których gruz spada na szlak?
Camino tinto - dzień 9
Wreszcie przestaliśmy liczyć kilometry. One przecież są tylko umowne.
Camino tinto - dzień 7
Camino tinto - w 31 dni na koniec świata
Camino tinto - dzień 6
W 31 dni pieszo na Koniec Świata
Camino tinto - dzień 5
W 31 dni pieszo na Koniec Świata
Camino tinto - dzień 4
Szlak Camino de Santiago
W 31 dni pieszo na Koniec Świata
Camino tinto - dzień 3
W 31 dni pieszo na Koniec Świata
Camino tinto - dzień 2
W 31 dni pieszo na Koniec Świata
Camino tinto - dzień 1
Szlak Camino
W 31 dni pieszo na Koniec Świata
podobne artykuły:
Pogadać z Aurorą
Niepełnosprawny i jego wózek za kręgiem arktycznym "zapolują" na zorzę...
 
© zwinka.pl 2017, portal podróżnika, podróże, wyprawy, przygody | o nas | kontakt | współpraca | zasady | partnerzy | polityka prywatności | regulamin | podążaj za zwinką na