Camino tinto - dzień 13
...cd.Mijamy drogowskaz wskazujący odjazdowe ponoć schronisko San Bol. Mały domek w środku pustkowia. Hipisowskie skojarzenia. Ale trzeba zejść z drogi, a nas gna do przodu.
- Mamy jeszcze siły, Zając?
- Troszeczkę. Ciut, ciut.
Więc nie schodzimy ze szlaku. Brniemy dalej. I jest coraz gorzej. Kasia zapomina o udach. Łydkach. Stopach. Całych nogach. Jakby za każdym krokiem musiała się na moment ocknąć, by jej ciało mogło przemieścić się o pół metra. Kiepsko. O tym, że po przekroczeniu dziennej dawki dwudziestu pięciu kilometrów Kasia zwalnia, oboje wiedzieliśmy. Ale tym razem zwolniła na maksa. Diallowie, którzy już dość dawno dogonili nas, nie wytrzymują tak żółwiego tempa i w końcu ruszają szybciej do przodu. Ja też nie jestem w stanie Kasi dorównać. Tak wolno iść się nie da! Muszę dreptać normalnie, a potem stać i czekać.
A może ona uprawia kinhin? W ośrodkach zen podczas przerw między kolejnymi rundami całodziennej medytacji, na sygnał drewnianej kołatki czugpi, wszyscy wstają i wolno idą jeden za drugim. Każdy tam docenia kinhin. Idąc tak, krok za krokiem, jest szansa nie rozproszyć się zbytnio, pozostać w stanie medytacji, a zarazem rozruszać trochę ciało. Zawsze mi się wydawało, że ten milczący marsz jest baaardzo powolny. Kasia stosuje dziś kinhin największych mistrzów Zen Czogie.
Cholera, znowu ją wyprzedziłem!
Kiełpa, ty matole! Przecież nawet najwolniej stawiając nogi i tak dojdziemy! Po co ta niecierpliwość? Wyluzuj, durniu! Wrzuć dwójkę. Jedynkę nawet. Twój Zaj to najpiękniej stuningowany pojazd terenowy. Zamiast kijków Antona ma jakieś skomplikowane przełożenia, idzie jak łada niva z włączonym reduktorem! Bierz z niej przykład, tocz się! Dzień jest długi.
Doczołgaliśmy się o czwartej po południu. Czyli ostatnie dziesięć kilometrów szliśmy ponad trzy godziny.
Hontanas także leży w zagłębieniu, jakby wielkiej dziurze w płaskiej Mesecie. Miasteczko w fatalnym stanie. Masa ruin. Kościół bez wątpienia nie słyszał o czymś takim, jak konserwacja zabytków i jest pewien, że proces umierania dotyczy także jego murów. Stanowczo żegna się już z tym światem.
Schronisko municypalne, zdecydowanie tańsze od reklamowanego po drodze albergue-restaurante "El Puntido", ale i biedniejsze. Ma jednak na szczęście jakoś w miarę wyposażoną cocinę. Zaczynam od dziś kuchnię nazywać po hiszpańsku. "Kosina" to fajniejsze słowo niż nasza "kuchnia". Utrwalone zdanie: Cocina esta aki? - znaczy: Czy jest tu kuchnia? To pytanie kluczowe. Zaczynać od niego, strzelanego na wejściu, będę pobyt w każdym albergue. Jeśli nie ma cociny, to nie wchodzimy! Bo bez niej nie da się zrobić spaghetti, więc nie ma mowy o uczcie z litrem tinto!
Zaj leżąc na schroniskowym łóżku ma dreszcze. A na dreszcze Zaja najlepsze jest piwo San Miguel. A takie piwo mam akurat w plecaku. A więc wszystko musi się dobrze skończyć.
Dociera Kichawica. Wita się i błyskawicznie wskakuje na łóżko nad Zającem. Też ją telepie. Zażyła, widać, zbyt słabe kwiatki.
Późnym wieczorem, popalając papierosy Nobel, na niemrawo oświetlonej uliczce spotykamy Antonia-tłumacza, który próbuje przez komórkę z kimś pogadać. Bełkocze po hiszpańsku... prawie jak ja!
Rezygnuje w końcu z połączenia, chwieje się i rozpaczliwie łapie światła latarni. Był w "El Puntido", zasiedział się najwyraźniej przy barze. Ale jutro o siódmej będzie gotowy do drogi.
- Staaanooowczoo!
czytaj więcej:
123
kategorie:
wyprawy
podróże
camino Pustynne dziś Camino, a na końcu szara, niepozorna siostrzyczka robi hokus pokus
Camino de Santiago
Burgos. Wreszcie duże miasto. Śmierdzi, ale ma swoje zalety.
Ilu pielgrzymów widziały przewracające się dziś domy, których gruz spada na szlak?



















