Cyrk szaleńców na Motoarenie
...cd.Grand Prix w Toruniu
Hymn zagrali nam aż dwa razy. Na „dzień dobry" po raz pierwszy. I ku chwale polskiego żużla - na koniec. Rozglądałem się wokół, gdy słuchaliśmy „Mazurka Dąbrowskiego" z megafonów - nie tylko ja się wzruszyłem. Dobrze było być Polakiem na nowoczesnym stadionie, który odwiedził wraz ze mną aktualny lider klasyfikacji kierowców formuły 1 - Mark Webber.
Jako Polak gorzej jednak poczułem się, gdy zorientowałem się, że na stadionie nie mam szans na zakup czegokolwiek wyskokowego, nawet cieniutkiego piwka. Ktoś znający się na zachowaniu tłumu doszedł do wniosku, że polscy kibice pod wpływem alkoholu stanowią zagrożenie nie tylko dla porządku publicznego, ale i dla samych siebie.
Obserwowanie na trzeźwo żużlowców, którzy na ryczących maszynach ścigają się na śliskim torze, pozwala uważnie im się przyjrzeć. Widać, że są zwinni. Wysportowani, zdrowi i odważni. Są też mistrzami upadków. Gdybym to ja jechał na motocyklu, na który wpada inny motocyklista, zapewne zakończyłbym swój żywot. Tymczasem podczas Grand Prix w Toruniu, nawet najsłabszy zawodnik życia nie stracił, a jedynie nieco się poturbował.
Kto wygrał? Gollob. On jeden szans na upadek miał niewiele, bo zazwyczaj już na starcie zostawiał wszystkich za plecami. Tytułu mistrza świata jeszcze nie zdobył, ale na pewno na niego zasługuje. Nie widziałem wcześniej zawodnika, który oczy ma wokół głowy - nie przesadzam. Ma ten bydgoszczanin dar.
Dlatego na tytuł mistrza zasługuje. Ku chwale Ojczyzny!
czytaj więcej:
12
kategorie:
sport 







