Camino tinto - dzień 12
Scott olśniony z rana. I to grzałką. Dzisiaj czeka nas wielkomiejskie życie. Tapas, tinto, baras. Fajnie jest znać całe miasto. Burgos należy do pielgrzymów. Oni są tu u siebie. Nagle wszyscy widzą znajomych.

Camino tinto - w 31 dni na Koniec Świata. Dziennik pieszej wyprawy
autor: Jacek Kiełpiński
Camino de Santiago
*
Dzień 12
Atapuerca - Burgos
11 października 2008, sobota.
Droga do Burgos, coś między 16 a 20 kilometrów. W sumie, jaka to różnica.
Przy śniadaniu trafiliśmy ze Scottem na siebie. Sączy poranną kawę. Ma zwyczaj wczesnego wstawania i pisania w sporym brulionie. Jest w tym konsekwentny. Kilka razy już go na tym przyłapałem i doceniam. Tym razem pisanie nie pochłania go jednak bez reszty. Kątem oka zerka na naszą grzałkę, która chwilę wcześniej dokonała rzeczy niemożliwej - w cztery minuty zagotowała wodę na dwie herbaty. Czyżby kolejny mądrala, który nie wyobraża sobie gotowania wody w inny sposób, niż tylko w garnku na elektrycznej płycie sterowanej sensorami?
- What is it?
Kurde, jak może być "grzałka" po angielsku? Ale skoro on tak po prostu pyta, to najpewniej takiego słowa zwyczajnie nie ma. Masz ci los, opisz mu teraz działanie grzałki...
- To wynalazek z naszych stron - próbuję tłumaczyć. - Europa wschodnia...
Wreszcie wpadam na prosty pomysł.
- Masz, Scott, sam sobie obejrzyj.
Bierze ostrożnie w ręce, obraca powoli.
- It's Russian - dorzucam cicho, czując, że to może mieć pewne znaczenie.
W Scotta jakby piorun strzelił.
- Russian?!
Wywala oczy i cały staje się pytaniem pomieszanym z wątpliwościami.
Tak, tak, Amerykańcu, teraz cię mam. Przypomina mi się słynna historia z problemem pisania na orbicie okołoziemskiej w stanie nieważkości. Amerykanie ostatecznie wynaleźli skomplikowany długopis, z którego wypływa atrament, mimo braku wysysającej go zwykle siły ciążenia. Ale, ponoć, urządzonko to zwykło się zacinać i psuć. Ludzie radzieccy podeszli do sprawy po swojemu - wyposażyli swoich kosmonautów w ołówki. I po kłopocie. Tak też jest z grzałką. Po co robić dużą i cholernie skomplikowaną kuchnię elektryczną, na której można postawić kubek z wodą, skoro można odwrócić role i całą minikuchenkę wrzucić do kubka?
- Very, very interesting... - chłopak zza Atlantyku ogląda z nieukrywanym podziwem tandetną grzałkę, która po kilku gotowaniach zaczyna właśnie rdzewieć. Waży ją na dłoni. Docenia, że rzecz jest wyjątkowo lekka. I mała.
- "Made in Russia" - odczytał nawet mały napis na plastikowej rączce i jeszcze raz szeroko otworzył oczy, tak jakby dotąd mi nie dowierzał.
Scott, chłopie, powiedz rodakom po powrocie z Camino, że takimi mistrzami świata to oni do końca nie są.
Ruszając ze schroniska, nikt nie wiedział, ile mamy do Burgos. Przewodniki różnie bowiem podają - od 16, do 20 kilometrów. Według czasu wyszło raczej dwadzieścia.
Ruszyliśmy chwilę przed Scottem, już o siódmej dwadzieścia byliśmy na trasie. Czołówka przydała się na początku, gdy szlak skręca w lewo z szosy zaraz za barem z automatem do fajek (można nie zauważyć). Ostro w górę, po skalistym podłożu. Kompletne o tej porze ciemności. Łatwo zgubić szlak, bo droga staje się tak szeroka, jak... całe zbocze. Gdzie chcesz, którędy wolisz, byle do góry, na szagę, w pieriod.
Obawiałem się o Diallów, bo nie mieli solidnej latarki i zostawali z tyłu. Stawałem po kilka minut w połowie i na szczycie góry, świecąc w dół zbocza. Ale ile można udawać latarnię morską?
- Poradzą sobie - orzekła Kasia.
Fakt. Nie przesadzajmy. Zrobi się jaśniej, to wszyscy znajdą drogę.
Wschód Słońca zastał nas na szczycie, gdy minęliśmy wielki krzyż. Wielu w tym miejscu próbuje uchwycić światło świtu, a krzyż uzupełnia świetnie kompozycję. To jest jedno z lepszych miejsc do robienia zdjęć na Camino de Santiago. Kawałek dalej kręgi kamienne. Ogromna spirala ułożona bardzo starannie.
- Komuś się chciało - komentujemy i podziwiamy.
Tu już zdjęcia nie wychodzą, jest za ciemno. Pierwsze nasze spotkanie z Celtami na trasie nie zostaje więc utrwalone. Szkoda.
Ta góra okazuje się jedyną trudnością na dzisiejszym odcinku. Tylko tu można się spocić. Potem ciągle monotonnie w dół.
Przeczołgało nas koło lotniska i przez różne podejrzane, wstępne i oczywiście zasyfione, dzielnice Burgos. Brzydko na skraju miasta, jak to na skraju miasta.
Burgos przytłacza. Znowu pojawił się problem spalin i smrodów chemicznych. Chyba jak wrócimy do Polski, to będzie nas najbardziej męczyć. Miasta zwyczajnie śmierdzą! Teraz czujemy to w Hiszpanii, ale przecież to problem światowy. Ludzie! Uciekajcie z tych komór gazowych! Czy was pogięło?! Truć się na własne życzenie?! Żeby jeszcze wdychać coś z sensem... ale takie gówno? Gorsze sto razy od dymu z fajek?
Ruch uliczny, światła sygnalizacji i coraz gęstszy tłum. Nie szukamy już strzałek, chyba się zgubiliśmy. Tam gdzieś, przed nami, jest centrum. Katedry w Burgos podobno nie da się przegapić.
- Recto, recto. Muy bonita catedra! - spytana na jednym ze skrzyżowań o drogę wiekowa Hiszpanka aż cmoka wspominając to dzieło sztuki architektonicznej.
I faktycznie, bonita. Piękna bestia! Ta dopiero przytłacza.
czytaj więcej:
123
kategorie:
wyprawy
turystyka
słońce
podróże
kultura
historia
camino Pustynne dziś Camino, a na końcu szara, niepozorna siostrzyczka robi hokus pokus
Pierwsze objawienie na Camino. Kijki! Ale tylko do nordic walking. Jak zwierzak, na czterech.
Ilu pielgrzymów widziały przewracające się dziś domy, których gruz spada na szlak?
























