Camino tinto - dzień 11
...cd.Camino de Santiago
Wszyscy czekają na otwarcie sklepo-baru. Ma to nastąpić o siedemnastej. Z Zajem jesteśmy weteranami tego oczekiwania, bo robimy to już od czterech godzin. Siedzimy na krawężniku i łupiemy migdały, których mam w plecaku spory woreczek. Bawimy się w odróżnianie, po wielkości dziurek w skorupkach, migdałów słodkich, od potwornie gorzkich.
Wreszcie pojawia się sklepowa, ruszamy pędem.
- Buenos tardes, seniora! - jak dobrze ją powitać. Jesteśmy pełni optymizmu.
A tu totalna kicha. Pustawo. Tylko dwa rodzaje wina. Wzięliśmy tańsze za 4 euro. Piwo też drogie, po 80 centów. Sorry, za tyle nie pijemy. Czapnęliśmy jeszcze tylko dżemiki, jogurty i długiego pana.
Wzięliśmy się za totalne spaghetti, także dla naszych francuskich przyjaciół. Kasia z Bernadette śpiewały przy tym odmieniając po francusku: ja myję naczynia!, ty myjesz naczynia!, on...
Do sosu dorzuciłem oczywiście oliwki i... Bóg strzegł, że nie zrobiłem tego samego z papryczkami. Tak ostre, że powalały po draśnięciu zębem. Ale coś w sobie miały. Nikt poza mną nie mógł ich nawet dotknąć. Zdaniem Bernadette, będę miał chory żołądek. Żeby biedna znała diagnozę, którą mnie w czerwcu uraczyli, to by tak nie gadała. Żołądek rozpalony ogniem papryczki, nawet poparzony ciężko, to przy tym katarek. Chętnie się zamienię.
Skończyły się bibułki. Ostatecznie. Więc za 2,65 euro zakupiliśmy paczkę Lucky Strike'ów z automatu w barze zwanym tu Cantina. Jutro mamy ze 20 kilometrów do Burgos, gdzie czeka nas spotkanie z kuzynem Kasi, Michałem, i Sylwią, jego hiszpańską dziewczyną. Przyjadą specjalnie z Madrytu. Pewnie nawet trochę ich interesuje, jak wyglądają szaleńcy, którzy idą przez cały ten kraj. Ja bym chciał takie podziwienia spotkać. Mógłbym znajomym opowiadać potem. Przy wódce. Dobry temat, taki uniwersalny przerywnik.
Rola dziwadła jest ciekawa. Może to jest tajemnica Camino? Dystans na drodze, to zarazem dystans do siebie i świata? Oswoić dystans.
Idę z muszlą na plecaku. A i bez tej muszli, tylko z plecakiem, który jest domem na miesiąc, jedną dwunastą roku, staję się dziwakiem. Dziwak to człowiek, który robi coś, na oko przynajmniej, bezsensownego. Bo coś go ciągnie?
Mnie nic nie ciągnie. Robię to, bo chcę doświadczyć. Czego? Jeszcze nie wiem. Dowiem się, jak dojdę. Gdybym wiedział, czego po miesiącu doświadczę, nie byłoby w tym najważniejszego - niespodzianki.
czytaj więcej:
123
kategorie:
wyprawy
słońce
camino Pustynne dziś Camino, a na końcu szara, niepozorna siostrzyczka robi hokus pokus
Pierwsze objawienie na Camino. Kijki! Ale tylko do nordic walking. Jak zwierzak, na czterech.
Camino de Santiago
Burgos. Wreszcie duże miasto. Śmierdzi, ale ma swoje zalety.
Ilu pielgrzymów widziały przewracające się dziś domy, których gruz spada na szlak?



















