Camino tinto - dzień 11
Długie podejście na powitanie. Tak zwana żołnierska zaprawa. Aż do mokrego grzbietu. I jeszcze wyścig do szczytu. Kto pierwszy - my, czy Słońce? Szkoda, że te góry już się kończą. Ale, spoko, będą następne.
autor: Jacek Kiełpiński
Camino de Santiago
***
Dzień 11
Villafranca Montes de Oca - Atapuerca
10 października 2008, piątek.
Droga do Atapuerca - zaledwie niecałe 18 kilometrów. Ale pranie wreszcie wyschnie.
Wszystkich jakoś tak sprawnie rano ruszyło. Pakowaliśmy się przy czołówce. Diallowie szamotali się po ciemku. W końcu Ibrahima nie wytrzymał, podszedł do włącznika i zapalił światło. Błysk lamp spod sufitu. Szok. Oczekiwałem, znanego już nam z kilku poprzednich etapów, charakterystycznego pomruku niezadowolenia. Ale tym razem nikt nawet nie pisnął.
Przy kuchence spotykamy Antona. Spał w sąsiednim pokoju, tym z widokiem na szosę. Wczoraj nie zdążyliśmy z nim pogadać, bo położył się naprawdę wcześnie. Dzięki temu jest w dobrej formie. Tylko Kichawica się nie zwleka. Ale nic jej nie będzie, uśmiecha się zakopana w śpiworze.
- Jeszcze tylko chwilę poleżę - uspokaja po francusku. Równie dobrze włada niemieckim. Nie pytamy skąd jest. Pewnie ze świata. Wszyscy na Camino de Santiago jesteśmy stamtąd. Ruszamy po ciemku. Czołówka jest w stanie oświetlić tylko samą dróżkę, która za kościołem zaczyna się piąć ostro w górę.
Wreszcie. Znowu góry prawdziwe i las. Ostre, długie i męczące podejście, a za nami Montes de Oca - góry o sporych szczytach. Na razie widzimy same zarysy, jak wycięte z kartonu szablony. Co chwilę się oglądam. Nie chcę przegapić wschodu Słońca. Czujemy z Zającem, że ten dzisiejszy może być szczególny...
I nie mylimy się. Nie ma to jak wschód na tle gór! Próbuję robić zdjęcia. Eksperymentuję z programami olympusa, naszej pancernej idiotenkamery.
- Lasy i góry najlepsze dla naszej natury - wydysza mi się.
Jezu, z wysiłku zaczynam wierszem gadać. Kasia może tego nie wytrzymać.
Ale samo zdanie, choć prymitywne, jednak prawdziwe. Podejście autentycznie wciąga. Porządkuje ruchy. Wszystkie stają się w końcu dopracowane, wręcz idealne. Czujemy uda, łydki, stopy. Ściąganie, rozciąganie. Do tego balans ciałem, w lewo, w prawo. Ręce lekko zgięte, jak przy biegu, ale trochę niżej opuszczone. Plecak mam dziś dość ciężki, jakieś piętnaście kilo, ale wszystkie pasy dociągnięte idealnie, więc można o nim zapomnieć. Znowu stał się naturalnym garbem.
Dyszymy. Równocześnie. Jak dwa konie ciągnące wóz. Zawsze wiedziałem, że lubię dyszeć. Być może to wrodzona skłonność do różnych eksperymentów fizjologicznych. Hiperwentylacja jest niezła, tyle, że czasem może się w głowie zakręcić. Ale zalet ma więcej, niż wad. Ta chwila pulsującej jasności!
I ty, durniu popalasz fajki? Black Angel wyciąga z ciebie energię! Rację miał Stary Wiking. Takiś mądry, to teraz zajaraj, na tym podejściu! I doświadcz całej prawdy o papierochach!
- Może fajeczkę, Zajączku... - wyduszam propozycję.
Kasia z wysiłku nie może się śmiać. Lekko się krztusi.
Antona, choć widzieliśmy od pewnego czasu daleko przed sobą, dogoniliśmy dopiero w lesie. Może na czterech kończynach, bo on faktycznie kijki traktuje jak przedłużenie rąk, idzie się rzeczywiście znacznie łatwiej? Szedł sprawnie, ale lało się już z niego ciężkimi kroplami. Przystanął. Nie po to, by zetrzeć to wszystko z twarzy, ale by zrobić zdjęcie miniołtarzyka pamięci jakiejś kobiety, która odeszła na szlaku. Kolejna ofiara pielgrzymowania. Która to już? Tracimy rachubę. Jednak za każdym razem, gdy widzimy te przydrożne symboliczne groby, też przystajemy. Tragedia - umrzeć w tak pięknych okolicznościach. A może wręcz przeciwnie? Może to jest wyjście? Jedno z sensowniejszych wyjść z tego świata? Może tak warto to wszystko zakończyć? Jak umierać, to tutaj? Na szlaku do Santiago de Compostela, z widokiem na góry Oca? I cudowne wschody Słońca?
Lekko się szło dalej przez lasy. Szukaliśmy grzybów. Słyszeliśmy, że bracia Hiszpanie niezbyt w nich gustują, gdyż boją się trujących odmian. Dlatego podobno można tu trafić na nieliche okazy. A, jak wiadomo, najchętniej grzyby rosną przy samej drodze. Dlatego uznaliśmy, że wystarczy samo uważne zerkanie na lewo i prawo. Nic z tego. Żeby głupiej olszówki nawet nie znaleźć!
Mijamy monument upamiętniający jakiś epizod wojny domowej, nad którym górują wiatraki... upamiętniające chyba Don Kichota. Ich świst mnie niepokoi. A Zając nadal wszystko jest w stanie im wybaczyć. Co nas dzieli na Camino? No, co? Tylko te cholerne wiatraki!
czytaj więcej:
123
kategorie:
wyprawy
słońce
camino Pustynne dziś Camino, a na końcu szara, niepozorna siostrzyczka robi hokus pokus
Pierwsze objawienie na Camino. Kijki! Ale tylko do nordic walking. Jak zwierzak, na czterech.
Camino de Santiago
Burgos. Wreszcie duże miasto. Śmierdzi, ale ma swoje zalety.
Ilu pielgrzymów widziały przewracające się dziś domy, których gruz spada na szlak?
DZIENNIK WYPRAWY: 31 marca. W Toruniu planujemy być w piątek 1 kwietnia, o godzinie 14.30

























