Tam, gdzie pękają oczy
Siedzę w pociągu na Krym. Dwa tygodnie pracy w Domku św. Marcina dobiegły końca. Ale mój kręgosłup cały czas pamięta ból ponad 40 godzinnej podróży z Torunia do Fastowa...

Od autorki:
Na Ukrainę wybrałam się w ramach wolontariatu. Na własną rękę dotrzeć musiałam do Fastowa, małej miejscowości niedaleko Kijowa, a dokładnie - do Domku św. Marcina. To placówka misyjna prowadzona przez Dominikanów, w której dzieci mocno doświadczone przez los uczą się, bawią, jedzą, myją i robią wszystko to, co jest akurat potrzebne. Zjeżdżają tu wolontariusze z Polski i z Ukrainy. Domek św Marcina był celem mojej podróży, jednak - jak się okazało - nie jedynym. W Fastowie powstał plan dalszej podróży. I tak, zamiast dwóch tygodni, na Ukrainie spędziłam prawie miesiąc. Ostatnie tygodnie w drodze.
Więcej na temat:
autor: Dominika Luks
Misja Ukraina: Pociąg wypluł mnie w Fastowie. Kutno nocą wymięka...
Próbuję spisać wszystko, co się w tym czasie wydarzyło. Kilkanaście dziwnych dni, a wydaje się, że byłam tam całą wieczność. Zresztą cały czas czuję to zmęczenie, rezygnację i ulgę.
Trudno to wszystko sobie poukładać. Zacznę najlepiej od tego miejsca, w którym stanęłam poprzednim razem - od bardzo dłuuugiej nocy spędzonej na lwowskim dworcu. Poznałam wtedy Ukrainkę, Żannę, która od 12 lat pracuje w Polsce. Opowiedziała mi kilka historii, które świetnie wprowadzały w ukraińskie klimaty.
Dowiedziałam się na przykład, jak to jest w tym kraju z wyłączaniem prądu i wody. Otóż pracownicy elektrowni i wodociągów, powodowani chęcią osiągnięcia jak najwyższych oszczędności, co jakiś czas odłączają media mieszkańcom w podlegającym im rejonie. Co ciekawe, pracownicy elektrowni, która zaoszczędzi najwięcej, w nagrodę dostają samochód! Takie radosne zawody.
- Kiedyś samochód wygrali pracownicy z elektrowni, która zaopatrywała w prąd mój rejon - wspominała moja towarzyszka - Jednak nie cieszyli się nim długo. Po paru dniach mieszkańcy oblali go benzyną i spalili.
Żanna pochodziła z ukraińskiej wsi. Skończyła szkołę kolejarską, miała zawód w kieszeni. Ale z pracą nie było łatwo. Dlatego zaczęła jeździć do Polski i tam chwytać się różnych zajęć, przeważnie jako sprzątaczka. Po raz kolejny Najwyższy zesłał mi nieocenioną pomoc. Gdyby nie Żanna, na bank przeoczyłabym mój pociąg. Moja towarzyszka wytłumaczyła co mam powypisywane na bilecie i zadbała o to, bym znalazła swój peron. Gdy wsadzała mnie do pociągu, na jej twarzy wykwitł przyjacielski uśmiech.
Drogę do Kijowa przespałam prawie całą, w nieprzyzwoicie luksusowych warunkach przedziału kupe z dołączoną pościelą. Przed samym Kijowem poznałam Ukraińca, którego zwabiła czytana przeze mnie powieść „Sprzedawca broni" Hugh Lauriego. Jak się później okazało, serial „Dr. House" na Ukrainie jest chyba jeszcze bardziej popularny niż w Polsce.
Stacja Kijów. Swoje kroki skierowałam od razu do dworcowego okienka informacji - pierwszy błąd. Drugim okazała się próba porozumienia z relatywnie młodą kobietą po angielsku, zmyliło mnie przeświadczenie, że gdzie indziej jak nie w stolicy powinni znać języki... Jednak największym błędem było założenie, że w dworcowej informacji w ogóle wiedzą cokolwiek. Na pytanie, jak dostać się do Fastowa, kobieta, jakże sugestywnym gestem, dała mi do zrozumienia, że nie wie.
Potwierdziwszy wcześniejszą teorię, że przed słowem „informacja" na Ukrainie powinien widnieć dopisek „dez", postanowiłam szukać pomocy gdzie indziej. Byle znaleźć się jak najdalej od tego diabelskiego budynku.
czytaj więcej:
12
kategorie:
podróże
Misja Ukraina
ukraina podobne artykuły:
Pustynne dziś Camino, a na końcu szara, niepozorna siostrzyczka robi hokus pokus



















