Bitwy morskie kapitana Popiela
Stary kapitan zawsze ma co opowiedzieć. Na morzu przecież dzieją się rzeczy niezwykłe. Nie każdy jednak potrafi je spisać i wydać w wersji książkowej. Publikujemy fragment książki "Opowieści wiatu i morza"

Marek Popiel z realnym żeglarstwem spotkał się dopiero w dorosłym wieku, ale jest jego zagorzałym miłośnikiem. Obecnie kapitan jachtowy, za rufą ma już ponad 30000 mil po wszystkich morzach otaczających Europę. z czego większość w roli skipera. Zawodów imał się w życiu rozmaitych, ale teraz, w emerytalnym wieku pozostał wierny już tylko morzu. Znany również jako Biały Wieloryb, który to nick otrzymał podczas rejsu na Islandię, lub inaczej White Whale.
autor: Marek Popiel
Czy ktoś pamięta dzisiaj ten jacht? Chyba tylko starzy kapitanowie. Istnieje do dziś, chociaż wygląda inaczej i inaczej się nazywa. Wówczas był otaklowany jako szkuner sztakslowy, wyposażony w dwa równej wysokości maszty. Można było na grotmaszcie postawić wąziutki grotżagiel na krótkim bomie, jednak pożytek z niego był iluzoryczny, więc rzadko się to zdarzało. Pomiędzy masztami można było postawić czworokątnego fishermana, który jednak nigdy nie chciał porządnie pracować. W rezultacie żeglowało się na dwóch dużych sztakslach przy słabych wiatrach i dwóch małych przy silnym. Tak czy owak, zapis „6 kn" w dzienniku był niezwykłym wydarzeniem. Jacht z takim takielunkiem żeglował jak stóg siana i nic dziwnego, że w końcu wysztrandował na plażę. CZARTORYSKI przeżył dziwne przygody i w chwili wywołania stanu wojennego nabył nawet pewnej sławy, z racji niespodziewanej podróży przez Atlantyk. Odbyłem na nim jeden rejs, jak sądzę, dość charakterystyczny dla tamtych czasów. Stoczyliśmy wówczas dwie „bitwy morskie" z niemieckimi okrętami i kilka zupełnie samoistnych.
* * *
Był koniec września i nadeszła pora, by odprowadzić jacht na zimowe leże, które wówczas znajdowało się w przystani AZS w Górkach Zachodnich. Ponieważ zgromadzenie prowiantu w tych czasach było sporym wyzwaniem, zawieźliśmy do Świnoujścia górę bagażu, wliczając w to samodzielnie przygotowane przetwory mięsne. Kapitanem był „smutny" Jacek Knajdrowski, ja byłem drugim, a trzecim Rysio Rajchel, wówczas u progu swojej morskiej kariery. Niestety, nie zapamiętałem, kto był pierwszym - był to ktoś z łapanki, bo w tamtych czasach nawet na Czartoryskim wymagany był sternik morski. Po zaształowaniu dobytku i rozdziale koi można było wreszcie wyruszyć w morze.
Bitwa morska I
Wiał słaby wiatr z NE, i jacht z wielkim trudem utrzymywał kurs na Arkonę. W tych czasach, władze NRD skrupulatnie pilnowały, żeby polscy żeglarze nie drażnili niemieckich swoją względną swobodą. Wkrótce więc, zza szarugi objawił się patrolowiec z trójkolorową banderą ozdobioną okazałą „kapustą". Na pomoście stał jeden pan w blaszanym kapeluszu oraz drugi w białej czapce i pozłacanym mundurze. Pan w czapce wskazał nam ręką kierunek prosto pod wiatr i zawołał groźnie
- Dort!
Wiatr był tak słaby, że właściwie było wszystko jedno, w jakim kierunku jacht stoi, zresztą z armatami nie było co się kłócić. Moja wachta się skończyła, więc zanurkowałem pod pokładem. Szarym świtem znów wyszedłem na pokład. Na horyzoncie nadal tkwił zaprzyjaźniony dozorowiec. W pewnym momencie pod dziobem pojawiły mu się białe wąsy i okręcik zaczął rosnąć w oczach. Po chwili jego stewa wyrosła nad naszą rufą a pan w pozłacanej białej czapce zasalutował i zakrzyknął
- Gute weitere fahrt!
Oznaczało to, że opuściliśmy gościnne wody dobrych Niemców.
Bitwa morska II
Na pokładzie rozgorzała dyskusja - jaki dryf należy uwzględnić w zliczeniowej nawigacji. 7 czy 15? GPS nie był wówczas znany, więc zweryfikować to można było dopiero przy najbliższym namiarze. Celowaliśmy na zachodnie brzegi Bornholmu. Na zachód od wielkiej wyspy znajduje się akwen ćwiczeń morskich. Wygląda na to, że dryf zdecydowanie przeszacowaliśmy, bo w pewnej chwili na kursie ukazał się dziwny, czarny obiekt. Co do istoty obiektu zdania były podzielone, ale znaczna część załogi uznała to za kiosk okrętu podwodnego. Mieli zapewne rację, bo zanim udało nam się zbliżyć, obiekt zniknął pod wodą. Nagle, z za zasłony deszczu pojawił się pędzący na nas niszczyciel. Za nim drugi. Zapewne miały nam coś do powiedzenia przez radio, ale oczywiście na CZARTORYSKIM radia nie było, więc rozmowa była jak dziada z obrazem. Tym razem byli to „źli" Niemcy, bo trójkolorowa bandera zamiast kapusty była wyposażona w czarnego orła. Kiedy okręty zbliżyły się niepokojąco, zrobiły kolejno zwrot, omijając nas szerokim łukiem. Najwyraźniej, pan admirał uznał, że echo od stalowego kadłuba kłóci się z widokiem żaglowego jachtu i oddał nam pole. Widocznie spłoszył go widok nieustraszonych Polaków. W ten sposób CZARTORYSKI rozpędził flotę NATO.
czytaj więcej:
123
kategorie:
morze
bałtyk Naszemu pokoleniu udało się zniszczyć łowiska istniejące 7 tysięcy lat
Potężne kraby suną po dnie Oceanu Arktycznego pożerając wszystko na swej drodze
zawód nawigator
Poznaję świat inaczej niż turysta, z tej portowej, bardziej prawdziwej perspektywy
Gdy jacht wszedł na rutę, wysiadła elektryka... Od Kopenhagi płynął masowiec
Bracia Witalijscy
Niedaleko Gotlandii odkryto właśnie nowe wraki. Które zatopli piraci władający Bałtykiem?


















