Katastrofa Tu-154M - czy poznamy prawdę?
Wystarczy porozmawiać z pilotami komunikacyjnymi, by zrozumieć, że podczas tamtego lotu złamano najważniejsze przepisy światowego lotnictwa. Ale nikt by o tym nie wiedział, gdyby Arkowi się jednak udało...

10 kwietnia 2010 przejdzie do historii. W katastrofie Tu-154M zginął prezydent Polski i 95 towarzyszących mu osób. Polscy piloci, uchodzący za najlepszych na świecie, chcą znać całą prawdę o tym wypadku, a boją się, że wielka polityka im na to nie pozwoli.
autor: zwinka.pl
Katastrofa Tu-154M
- Przy lądowaniu na dwie radiolatarnie NDB zawsze wychodzi się lekko z boku pasa. Niedawno to przećwiczyłem na lotnisku w Katowicach. Mimo dobrej pogody postanowiłem opierać się na przyrządach. Też musiałem robić korektę w lewo. Oni, tam nad Smoleńskiem, byli w podobnej sytuacji.
Rozmówca zwinki od kilkunastu lat lata w barwach różnych przewoźników. Woli nie ujawniać nazwiska, bowiem w jego firmie, tak jak w LOT, wydano pilotom zakaz wypowiadania się na temat katastrofy Tu-154M.
- Dla nas, pilotów cywilnych, NDB to po prostu staroć. Takiego sprzętu używa się jeszcze na nielicznych mniejszych lotniskach. Obowiązuje powszechnie system ILS umożliwiający lądowanie w trudnych warunkach. Ale tego w Smoleńsku nie mają.
Sprawa pierwsza - lotnisko. Pilotowi wystarczy rzut oka na obraz z google earth, by orzec krótko - szrot.
- Na takich szrotach poważnymi samolotami się raczej nie siada, chyba, że absolutnie awaryjnie. No, ale awaryjnie to można spróbować też na autostradzie. A tu widzimy coś w tym stylu... Mówi się, że minima pogodowe dla tego obiektu to 1800 metrów widoczności poziomej i 120 pionowej. Ta druga wartość jest, moim zdaniem, przesadzona. W naszej części Europy przyjęto by przynajmniej 200 metrów. To znaczy, że podstawa chmur musi być nie niżej niż 200 metrów, by w ogóle można tam było lądować. Długość pasa - 2500 metrów - jest skromna, ale to nie największy problem. W naszym środowisku mówi się, że na lotnisku tym brakuje świateł krawędziowych pasa. Jeśli to prawda, to... ich szanse były naprawdę minimalne.
Inny pilot, który latał przed laty Tu-154 podkreśla, że lotnisk nie wolno winić za niedomagania sprzętowe.
- Przed startem pilot doskonale zna parametry lotniska, do którego zmierza. Zna też sytuację pogodową tam panującą. Startując do takiego lotu musiał wiedzieć, że czeka go najpewniej dramatyczna przygoda. Na to lotnisko w tych warunkach zwyczajnie nie powinno się lecieć. W grę wchodziło od razu lotnisko zapasowe. Dziwne, że do tej pory mało się o nim mówi. Słyszałem nawet plotkę, że w rzeczywistości nie zakładano lotu w inne miejsce, czyli lotniska zapasowego nie było. To się nie mieści w głowie! Takich rzeczy w komunikacyjnym lotnictwie zwyczajnie nie ma. Bo to święta zasada.
Dla wyjaśnienia. Przed każdym lotem pasażerskim startujący samolot ma wyznaczone lotnisko zapasowe, gdyby na docelowym nie udało się wylądować. Pod tak zaplanowaną trasę samolot jest tankowany. Ma paliwa na lot do miejsca przeznaczenia, dwie próby podejścia do lądowania, przelot nad lotnisko zapasowe i dodatkowo półgodzinne kołowanie nad nim. To zasady lotnictwa cywilnego. Nasi rozmówcy za każdym razem to podkreślają. Wojsko, ich zdaniem, może się rządzić zupełnie innymi prawami. Dowodem jest chociażby fakt, że lot ten nie był ubezpieczony, jak każdy lot cywilny.
Sam samolot, jego stan techniczny, nie budzą za to w pilotach żadnych wątpliwości.
- Wkurza nas to ciągłe gadanie, że to radzieckiego pochodzenia maszyna, więc przestarzała i kiepska. Boeing 737, którym lata cały świat, jest konstrukcją starszą, produkcję rozpoczęto w 1967 roku. Tu-154, będący odpowiedzią na boeinga 727, to dobry samolot, który prowadzi się świetnie. Problemem jest spalanie, samolot ten po pierwsze jest nieekonomiczny i to był podstawowy powód wycofywania go z polskiego lotnictwa cywilnego na początku lat 90.
Rosyjskie portale internetowe zauważają, że lotnisko Smoleńsk "Siewiernyj" nie jest przeznaczone do przyjmowania zagranicznych samolotów pasażerskich. Pozwolenie na lądowanie w tym miejscu takich maszyn było zdecydowanie wydane z naruszeniem przepisów międzynarodowych. Ale ktoś je wydał. Czyli - Rosjanie złamali przepisy pozwalając Polakom tam lądować, a Polacy złamali przepisy próbując to w tych warunkach zrobić. Dlatego lotnicy, nasi rozmówcy, zwyczajnie nie wierzą w ujawnienie całej prawdy o katastrofie Tu-154M. Wszyscy, ich zdaniem, są umoczeni.
- Sprawa rozegrała się na najwyższym szczeblu. Ale nikt nie będzie tam szukać winnych. Winny będzie Arek Protasiuk - pilot tego samolotu. To stara zasada - zwalić na martwego pilota, błąd człowieka i już. A pytanie zasadnicze brzmi - dlaczego, do cholery, ten chłopak musiał tam w ogóle lądować?
Piloci nie mają żadnych wątpliwości, że w grę wchodził tu zwykły rozkaz.
- Wydany nie musiał być w samolocie. To mogło być dla pilota oczywiste już kilka dni wcześniej, że w Smoleńsku tak czy inaczej wyląduje. Boję się nawet myśleć, co on czuł lecąc ze świadomością, co go tam czeka...
Pilotom układa się logiczny scenariusz ostatnich chwil przed katastrofą.
Rosyjski kontroler lotów twierdził, że w pewnym momencie załoga przestała "kwitować", czyli potwierdzać wysokość na jakiej maszyna się znajdowała. Przyczyna?
- Już wtedy zeszli nad samą ziemię. Mówi się, że podstawa chmur mogła być na 30 metrach. Może było jeszcze gorzej... Moim zdaniem, pilot przykleił się do ziemi i szukał pasa. To aż trudno sobie wyobrazić, ale taki przebieg końcówki tamtego lotu wydaje się najbardziej prawdopodobny.
czytaj więcej:
12
zostaw komentarz:
komentarze internautów:2010-04-16 17:13
(+odpowiedz) raz już jeden pilot rozkazu nie słuchał poleciał na inne lotnisko i co...i teraz lata na symulatorze
2010-06-02 10:24
(+odpowiedz) 2010-04-16 02:18
(+odpowiedz) Coś w tym musi być, bardzo ciekawe wypowiedzi. Jak zwykle, może się okazać, że wielka polityka ma się nijak do pewnych ogólnych zasad.
2010-04-15 22:51
(+odpowiedz) to jeszcze raz ja, ponoć w ciągu 10 lat było 7 katastrof z udziałem Tu154; czy to bezpieczna maszyna?
2010-04-15 22:49
(+odpowiedz) rozkaz jest rozkaz, w warunkach wojny ponoć niewykonanie = kulka w łeb
DZIENNIK WYPRAWY: 31 marca. W Toruniu planujemy być w piątek 1 kwietnia, o godzinie 14.30
Łukasz nie widzi, Piotr nie ma płuca, 29 stycznia zdobyli Aconcaguę!
DZIENNIK WYPRAWY: 26 marca. Nerwy nam puszczają. Przyjaźń polsko-rosyjska wisi na włosku...





















