Camino tinto - dzień 8
...cd.Monte wyznaje impresjonizm. Jest Amerykaninem. Obejrzeliśmy jego dotychczasowe prace. Charakterystyczny most w Puente la Reina. Z tego samego miejsca zrobiłem zdjęcie, ale to nie to, co akwarelka! A wystarczą małe, płaskie, zamykane farbki, trzy pędzelki różnej grubości, ołówek, naczynko do wody i biała serwetka do jej ścierania, gdy na papierze zrobi się kałuża. Warto spróbować.
Pijemy wino pochodzące dokładnie stąd, z Azofry. Zrobione z tych winogron, które żarłem po drodze. Nazywa się Heredad de Judima Joren. Oczywiście tinto. Zdaniem hospitalero, to dobry wybór, choć radzi spróbować jeszcze tego samego, ale leżakującego w beczkach nie rok, a cztery lata.
- Zamiast 3 euro trzeba za nie zapłacić 5, ale warto - zachęca.
Podczas obchodu miasteczka spotkałem tak przez nas poszukiwane w Hiszpanii bociany. Wreszcie znaleźliśmy naszego Gucia, który jak wiadomo na zimę leci właśnie w te okolice. Cigüeña zwą go tutaj. Starszy facet z wiadrem ubawił się serdecznie zobaczywszy me zabiegi, by znaleźć najdogodniejsze miejsce do zrobienia zdjęcia gniazda na wieży kościoła, gdzie siedziała parka.
- Cigüeña, cigüeña! - powtarzał, a gdy zobaczył, że to słowo nic jeszcze dla mnie nie znaczy, rozpostarł szeroko ręce, unosząc wysoko niesione właśnie wiadro, i zaczął machać nimi ewidentnie naśladując Gucia. Ciekawe, czy gdyby to wiadro było pełne na przykład węgla albo wody, też tyle zapału i poświecenia włożyłby w nauczanie słówek spotkanego przypadkiem faceta, w niemieckiej kurtce wojskowej, z małym aparacikiem foto w garści? Pewnie tak, Hiszpanie są nieobliczalni.
Hospitalero z kamienną twarzą orzekł, że cigüeña przynoszą dzieci. Niemożliwe! Coś takiego! Próbujemy go chwilę podpuszczać, ale zaraz przyznajemy, że i u nas ten ptaszor z tego słynie. Tylko ta cholerna trudność w zapamiętywaniu słówek. Cigüeña - muszę wbić w głowę. Kasia zapamiętała od ręki.
Już gasiłem światło i miałem walnąć w kimę, gdy usłyszałem dźwięki nieziemskie.
- Zaj, niebiosa się otwierają!
Po korytarzach parterowego albergue niosła się delikatna melodia. Wzniosła. Ewidentnie wschodnia. Czyżby to japońskie koto? Nie, to jakieś smyczkowe cudo.
Wbiegam boso w majtkach do główniej sali. A tam... niby norma - wszyscy się kręcą koło notatek i żarcia. Tylko Pani Lee, tajemnicza Kobieta Wschodu, gra na smyczkowym instrumencie trzymanym pionowo. To taką broń targała ze sobą? I dopiero dzisiaj zdecydowała się jej użyć?
Nie zostałem jednak na koncercie, wolałem wrócić do Zająca. Zresztą dźwięk był tak intensywny, że w naszej klitce słyszalny doskonale. Jakbyśmy byli na Camino w Korei, o którym wcześniej wspominał Pan Lee.
czytaj więcej:
123
kategorie:
turystyka
podróże
camino Kto raz spróbuje jazdy po bezkresnej przestrzeni Śniardw, nie wyjdzie już na sztuczne lodowisko!





















