Camino tinto - dzień 7
...cd.Na marginesie. Mają tu doskonałe sery, ale wiedzą o tym i dlatego chcą za nie sporo. Idealnie byłoby mieć pod ręką zawsze jakąś poręczną tarkę, bo sery całe - a szczególnie stare - są sto razy lepsze, niż te w woreczkach, które są lepiące i drogie.
Ogólnie - prosta potrawa dla prostego pielgrzyma.
A obok Kasi o miejsce przy elektrycznej płycie walczy Młoda Niemka. Delikatnie ładna, niewysoka dziewczynka, zapatrzona - chyba słusznie - w silnego Germana, który zawsze ją obroni i zaciągnie do bezpiecznego portu. Razem akuratni i perfekcyjni. Nie są małżeństwem. Ale będą. Bo mają już wszystko zaplanowane. I najważniejsze, to są ci, którzy mówią wprost: My idziemy nie tylko do Santiago, idziemy na Koniec Świata!
Ale przy tym tak cholernie niemieccy... Też, podobnie jak francuskie małżeństwo Identycznych, wpadli w pułapkę tych samych strojów. Francuzi chociaż różnili się kolorami poncz - on miał granatowe, ona zielone. Ci mają wszystko dokładnie takie samo, tyle, że ona kilka numerów mniejsze. Po pielgrzymiej robocie, już w schronisku, lekko się różnicują - on łazi w sandałach, ona w fioletowych plastikowych korach.
Niemka też robi makaron, ale gruby - świdry. Zakupili do niego dwie paki gotowca, po zmieszaniu wychodzi klasyczna glumza. Po chwili wcinają łychami, aż miło posłuchać.
Tymczasem Kobieta Wschodu zaczyna się bawić ziemniakami. Gotuje je z nabożeństwem. Oczywiście w mundurkach. Sprawdza widelcem czy już dobre. Obiera uważnie. Dusi, miażdży. Dodaje śmietany, mleka. Wypieszczone, koreańskie pure powstaje baaardzo powoli. A to tylko wstęp do kolacji! Kobieta Wschodu walczy w kuchni jeszcze przez godzinę. Myśmy zdążyli zjeść, wypić i zapomnieć, nim Miss Phenian zasiadła uroczyście do uczty.
Rozmawiamy w tym czasie z Polakiem, którego tu spotkaliśmy jakiś czas wcześniej na ulicy. Mariusz mieszka w Bremen. I to Bremen dało mu tak do głowy, że ciężko się z nim gada. Ogólnie, w Bremen jest najlepiej na świecie. Trudno sobie wyobrazić życie Polaka poza Bremen, bo tam nawet śnieg nie pada, a po co komu śnieg? Mariusz nie po to pracuje w domu opieki, by - tak jak my - chodzić. Mariusz długo czaił się na amerykański rower górski, który składa się w bok, jak niegdyś polskie pelikany i wigry, bo można go wygodnie i dość tanio przewieźć.
- Mam na przejechanie trasy z Pamplony 16 dni. W Santiago będzie czekała na mnie żona. Wrócimy busem, który już mam opłacony. Po to człowiek zarabia określone pieniądze, by móc zorganizować taką imprezę - wytłumaczył nam wyższy sens swej pracy na emigracji w Bremen.
Konsternacja. Dawno nie słuchaliśmy z Zajem tak smętnych wywodów na temat dobrego, zasłużonego solidną pracą, statusu finansowego, O matko, jak to męczy! Szczególnie na Camino. Tu naprawdę nikt nie chce mówić o pieniądzach. A Mariusz nie mógł się powstrzymać. Sorry, Mariusz, ale nie rozumiemy się.
czytaj więcej:
123
kategorie:
podróże
camino Pustynne dziś Camino, a na końcu szara, niepozorna siostrzyczka robi hokus pokus
Pierwsze objawienie na Camino. Kijki! Ale tylko do nordic walking. Jak zwierzak, na czterech.
Camino de Santiago
Burgos. Wreszcie duże miasto. Śmierdzi, ale ma swoje zalety.
Ilu pielgrzymów widziały przewracające się dziś domy, których gruz spada na szlak?



















