kajaki
forum
sklep

Camino tinto - dzień 7

Wpadamy w rytm. Marsz wciąga, jak narkotyk. Myli nam się, kogo i gdzie spotkaliśmy pierwszy raz. Wsiąkamy w Drogę. Teraz to my zaczepiamy przechodniów krzycząc: Buenos dias! Dojrzewa przepis na spaghetti à la Camino.

Camino tinto - dzień 7
Tysiące krzyży na siatce, za którą hulają samochody. O co tu chodzi?

Camino tinto - w 31 dni na Koniec Świata. Dziennik pieszej wyprawy

data publikacji: 2010-04-04

autor:
Jacek Kiełpiński
*

Dzień 7

Viana - Navarrete

6 października 2008, poniedziałek.

Droga do Navarrete w La Rioja, ponad 22 kilometry, przez szpital, w którym nie ma medyka.

Trzypiętrowe łóżka. Do tego ciasno zestawione w krętych zakamarkach. Gdyby były wszystkie zajęte, pojawić mógłby się problem braku tlenu. Na szczęście, nie było nas aż tylu.

Pode mną smacznie spała Kobieta Wschodu. Ma nie tylko podejrzany futerał, w którym trzyma jakąś tajną broń. Ma też największy z dotąd widzianych na trasie aparatów fotograficznych - ogromną, profesjonalną lustrzankę, ciężką jak cholera, a do tego wyposażoną w solidny obiektyw ze sporym zoomem. Niesie tego kloca uwiązanego do szyi. Jak na swą mikrą posturę, dziewczyna targa naprawdę nieproporcjonalnie dużo. Rano pakuje się spokojnie. Układa swoje kolorowe, zwiewne sweterki, składa je uważnie i upycha w plecaku według jakiejś tajemniczej zasady. Nie gubi się w tym, jest perfekcjonistką. W rytm swoich magicznych ruchów mogłaby powtarzać mantrę, na przykład: Kwan Seum Bosal, Kwan Seum Bosal, Kwan Seum Bosal. Gdyby była koreańską buddystką. A nie komunistką.

Anabel jest kilka razy szybsza. Dziś zerwała się pierwsza. Szelest. Krótkie mycie i już pakuje plecak. Najbardziej kluczowe jest zwijanie śpiwora. Tu się traci najwięcej cennych sekund. A dziś rano stałem się przypadkowo świadkiem pobicia rekordu świata! Śpiwór Anabel sam wślizgnął się skręcony do woreczka naprawdę dość mikrego.

- Technic! - skomentowała kanadyjska Hiszpanka.

Jemy z dżemikiem. Ruszamy.

Brzydkie te wyjścia z miast, podobnie jak wejścia. To jakaś ogólna zasada - w miastach najbrzydsze są zawsze przedmieścia. Dziwna choroba, bo wsie są w porządku, małe miasteczka też kojarzą się dobrze, a na skraju miast (czym większe tym gorzej) rozkłada się cały ten syf. Porozwalane materiały budowlane, porzucone sprzęty domowe, głównie lodówki, stare maszyny, śmieci, wraki samochodów. Odchody cywilizacji.

Zaczęła się raczej nudna i śmierdząca trasa. Teraz już wiemy, że nie warto trzymać się oznaczeń Camino przed Logroño, gdzie szlak skręca w lewo nad zasychające jezioro, podobno ostoję ptaków. Lepiej chyba iść w prawo, do szosy i wzdłuż niej po prawej stronie. I tak właśnie poszedł Legia.

Przed śniadaniem pakował na korytarzu nerwowo plecak, gadał sam do siebie i mruczał coś pod nosem, potem szybko rzucił się na jedzenie, kątem ust wypluwając francuskie zdania - jak rozkazy. Był jak zwykle strasznie spięty, krzyczący i mający, k...!!, zawsze rację!

Tym razem miał ją faktycznie. To jezioro praktycznie nie istnieje. Na siłę próbują je uratować, ale równocześnie prowadzą totalną budowę tuż obok. Jest więc skazane na zagładę. Zresztą nic dziwnego - jeziora i rzeki to w tej części Hiszpanii tragedia narodowa. Śmierdzą. Tak jak ta przemysłowa, wstępna dzielnica Logroño.

Tak rodzi się w bólach nowa Dolina Krzemowa. Cuchną jakieś chemikalia. Ciężarówy się tłuką i ze wszystkich stron popiskują maszyny, które świętym ukazem europejskim muszą sygnalizować w ten sposób, że się cofają. Wydaje się, że większość robót wykonuje się tu jeżdżąc tyłem.

Aleja, którą chwalą się władze Logroño, prowadzi przez to panoptikum, okrąża górę i wprowadza do prawdziwego miasta. Po drodze, gdy już widać odległe centrum, ktoś chce oswoić pielgrzymów, może planując tu prywatne schronisko, i w tym celu wystawił stół z pieczątką.

foto
Słynna rzeka Ebro. Podpiętrzenia próbują ją obronić przed kompletną kompromitacją.

Głód gna nas do jakiegoś sklepu, więc rzucamy tylko okiem na Ebro. Jedna z większych i ważniejszych rzek tego kraju, a wymaga sztucznego podpiętrzania, by chociaż w samym mieście wyglądać o tej porze roku poważniej.

Wybieramy duże supermarcado sieciowe - Mercadona. Wewnątrz cały czas walą reklamy do głowy i wbijają melodyjkę prostą i swojską: Mercadona!, Mercadona! - pozytywny, ciepły przekaz, którym cię chwycą. By wyssać. Klienci kręcą się między regałami lekko otępiali. Każdy wyraźnie uzależniony od Mercadony.

My też wyjątkowo dużo czasu tam spędziliśmy. Ogromne zakupy. Piwo, wino, naranja. Czyli pomarańcza. Ten kraj jest naprawdę inny, tu nikt nie pije orange juice, tylko el zumo de naranja. Więc my też zupełnie inaczej do sprawy podchodzimy - jak najdalej od szlafrokowej wizji klasycznej szklanki soku pomarańczowego rano. I już wiemy, że najlepsze tu są soki Don Simon con pulpa. Jako jedyne zapewniają, że nie są z koncentratu, tylko wyciskane. I do tego nie były przesiewane w celu wyłowienia chłęchów. Największy natural, jaki można wtłoczyć do kartonu. I najważniejsze: nakrętka! Wygodniej się pije, bo z gwinta. Gdyby jeszcze soczek ten stał w chłodziarce... W Mercadona, co by o niej nie mówić, Don Simon stoi zawsze zimny.

Zaczynamy docierać swoją taktykę pokonywania Drogi. Już wiemy, że po około piętnastu kilometrach warto stanąć na drugie śniadanie, czyli święte el almuerzo, bo człowieka nieźle ssie. Cokolwiek byśmy nie jedli, warto wtedy z plecaka wydobyć właśnie el zumo de naranja. Prosta sprawa - musimy wówczas w dwójkę wypić litr gęstego, chłodnego, cudownego soku. A na wyssany karton czeka najbliższy śmietnik.

Gdy tym razem wkładałem do koszyka chłodnego Don Simona, już wiedzieliśmy, że dzisiaj będziemy dobrze jeść. Pozostało tylko znaleźć godne miejsce.

W Logroño raczej nie można się zgubić, mimo że strzałek i innych oznaczeń Camino jak na lekarstwo. Przechodnie upewniają nas wzrokiem: tak, tak, dobrze idziecie. To niesamowite - ci ludzie autentycznie nam sekundują!

Próbowałem znaleźć pocztę, bo Kasia chciała wysłać pocztówkę. Oczywiście, sieroty, nie wiedzieliśmy jak wygląda ichnia skrzynka na listy. Człowiek wychowany w socjalizmie podświadomie chyba szuka jakiejś odmiany czerwonej skrzynki, czyli ogólnie sześcianu.

Wymęczyłem nawet pewnego biednego Hiszpana zaczepionego na zatłoczonym chodniku, który mi zobrazował całe Logroño i próbował wbić do głowy cholernie krętą drogę do głównej poczty tego miasta. Nie, nie! Chodzi o skrzynkę! Skrzynkę na listy...

- Where is a letterbox? Do you know?

Hiszpan wymiękł.


czytaj więcej:

123

kategorie: podróże camino

fotofotofotofotofotofotofoto
Polub zwinkę:
komentuj zostaw komentarz:
podpis: *




turing < przepisz tekst z obrazka po lewej




aktualnie brak komentarzy, możesz być pierwszy!
 
zobacz też:
z tego tematu:
Camino tinto - dzień 15
Pustynne dziś Camino, a na końcu szara, niepozorna siostrzyczka robi hokus pokus
Camino tinto - dzień 14
Camino dziś wiedzie do Camino. Jak Hiszpańczyki to kochają!
Camino tinto - dzień 13
Pierwsze objawienie na Camino. Kijki! Ale tylko do nordic walking. Jak zwierzak, na czterech.
Camino tinto - dzień 12
Camino de Santiago
Burgos. Wreszcie duże miasto. Śmierdzi, ale ma swoje zalety.
Camino tinto - dzień 11
Camino de Santiago
Szybkie, małe, zwinne góry do południa i pierwsza laba
Camino tinto - dzień 10
Ilu pielgrzymów widziały przewracające się dziś domy, których gruz spada na szlak?
Camino tinto - dzień 9
Wreszcie przestaliśmy liczyć kilometry. One przecież są tylko umowne.
Camino tinto - dzień 6
W 31 dni pieszo na Koniec Świata
Camino tinto - dzień 5
W 31 dni pieszo na Koniec Świata
Camino tinto - dzień 4
Szlak Camino de Santiago
W 31 dni pieszo na Koniec Świata
Camino tinto - dzień 3
W 31 dni pieszo na Koniec Świata
Camino tinto - dzień 2
W 31 dni pieszo na Koniec Świata
Camino tinto - dzień 1
Szlak Camino
W 31 dni pieszo na Koniec Świata
podobne artykuły:
Prijon taifun - kajak legenda
Test najstarszego kajaka polietylenowego świata
 
© zwinka.pl 2018, portal podróżnika, podróże, wyprawy, przygody | o nas | kontakt | współpraca | zasady | partnerzy | polityka prywatności | regulamin | podążaj za zwinką na