Camino tinto - dzień 6
...cd.- Chodź do nas, good albergue, duże, z internetem - przekonywałem, przypomniawszy sobie, że Anton jest komputerowcem.
Jako przewodnik średnio się sprawdziłem, bo trochę pobłądziliśmy na wąskich uliczkach. Gdy dotarliśmy do schroniska Anton wyglądał na wykończonego.
- Thank you very, very much - zdyszany powtarzał wielokrotnie. Ale nie słowa były ważne. Chyba naprawdę był wdzięczny, bo miał to w oczach.
Okazało się, że zaszedł najpierw do prywatnego refugio, bardzo reklamowanego na trasie, gdzie życzą sobie 12 euro, czyli bardzo drogo. A tam, o dziwo, wszystkie miejsca zajęte. Potem siłą rzeczy się pogubił, bo nabrał rozpędu, a szlak został gdzieś z tyłu. Tak to jest w tych miastach z ciasnym uliczkami.
W hotelu koło albergue walnęliśmy sobie po piwku w szkle. Nie minęło kilka minut, a przy naszym stoliku stojącym na ulicy pojawili się Diallowie. Cały czas Ibrahima zapewniał: "my tylko woodaaaa", ale po kolejnym piwku wypiliśmy już z nimi.
Niezły z niego kawalarz. Udaje, naśladuje, przedrzeźnia. Do tego absolutny mistrz przeglądania gazet - od razu zaczyna od tyłu poszukiwać prognozy pogody. Bo co jest w sumie najważniejsze na tym świecie, choć pisują o tym często gdzieś z tyłu? Gazety, zdaniem Ibrahimy, rozpoznawać i ewentualnie doceniać należy po dziale "pogoda".
- Dobzie. Jasiek, dobzie pogoda. Uuuuu, a tu nie dobzie, bedzie padać desszzzczzyy.
- Nie męcz się chłopie, to straszny język - wyrywa mi się po polsku. A Kasia próbuje to przetłumaczyć na francuski.
Okazuje się, że prognoza na dwa dni w przód zapowiada opady i ochłodzenie. Biadolimy trochę, bo jednak lepiej się idzie w Słońcu. Dla psychiki lepiej, choć z drugiej strony bardziej chce się wtedy pić. Ostatecznie dochodzimy do wniosku, że deszcz jest jednak gorszy, choć... Gadać tak można bez końca.
Na skręcane przeze mnie fajeczki zareagował Anton, który też trafił do naszego stolika. Po prostu, nagle i niepodziewanie zaczął mówić o swojej przygodzie z niko. Nie pali od wielu lat. Najwyżej cygara i fajkę, bo to - jak mówi - nie szkodzi.
- Tak, jak te awful cigarettes - i koniec Antonowych mądrości. W sumie proste, ale chciało mu się katować język, więc pewnie ważne.
Chyba się polubiliśmy. Najwyraźniej przypominam mu przyjaciela z Polski - Tadeusza, matematyka, który jest podobno mistrzem w produkcji bimbru z jabłek. Właśnie bliższa znajomość z owym Tadeuszem popchnęła Antona w ramiona abstynencji.
- Very, very, very, very strong alcohol - aż się wzdrygnął na samo wspomnienie spełnionych ostatecznie polskich jabłek i polskiej gościnności.
czytaj więcej:
123
kategorie:
wyprawy
turystyka
podróże
camino
zostaw komentarz:
komentarze internautów:2010-03-28 19:43
(+odpowiedz) coś mi się zdaje, że ten wazon to butla po winie, ten zielony kolor, ale pewnie się mylę
Pustynne dziś Camino, a na końcu szara, niepozorna siostrzyczka robi hokus pokus
Pierwsze objawienie na Camino. Kijki! Ale tylko do nordic walking. Jak zwierzak, na czterech.
Camino de Santiago
Burgos. Wreszcie duże miasto. Śmierdzi, ale ma swoje zalety.
Ilu pielgrzymów widziały przewracające się dziś domy, których gruz spada na szlak?



















