Camino tinto - dzień 6
Dzień Słońca i dobrych znajomych spotykanych na trasie. Wszyscy dziś idziemy do Viany. Przypadek? Po drodze święty but, cudowny wazon, owieczka się rodzi obok szlaku. A Harrison Ford ulega cudownej przemianie.
autor: Jacek Kiełpiński
*
Dzień 6
Villamayor de Monjardín - Viana
5 października 2008, niedziela.
Droga do Viany - 31 kilometrów wśród winnic i owiec.
Ruszyliśmy sporo przed ósmą, było jeszcze ciemno. Gdyby nie Kristin, sympatyczna blondynka z Belgii, pomylilibyśmy drogę na samym wstępie. Wołała do nas tak długo, aż się pokapowaliśmy, gdzie trzeba skręcić w prawo i ruszyć w dół. Gdyby nie ona, do Viany doszlibyśmy pewnie o wiele później i nie spotkalibyśmy po drodze Antona, Harrisona Forda i Diallów. Coś ważnego by nas ominęło.
Szliśmy w absolutnych ciemnościach wąskimi przecinkami w winnicach. Gdy błyskałem fleszem, logo deutera na plecaku Kasi błyszczało jak oszalałe. A za plecami maleńkie, porozwieszane wysoko światełka Monjardín.
Pędziliśmy czekając na wschód Słońca, pana naszego. Gdy panuje chłód, a powietrze jest krystaliczne i nie ma ani jednej chmury, człowiek raz po raz się ogląda, bo może już, bo może zaraz czerwona łuna otworzy jasne oko...
I stało się. Rude pole. Na horyzoncie jedno drzewo. A niebo po prostu niebieskie. Prostota przypowieści. Soen sa Nim Seung Sahn, wielki mistrz Zen, który spał kiedyś w moim łóżku, też zapewne przystanąłby w tym miejscu, by doświadczyć tej cudownej klarowności istnienia.
Wschód Słońca to dar. Czujemy w sobie natychmiast delikatne ciepło. Czy to tylko sugestia? Być może. Ale przecież jakieś ciepło autentycznie promieniuje wzdłuż kręgosłupa. Doszło już do zmarzniętych palców dłoni.
Pomyśleć, że ma być nam dane, dzień w dzień, idąc, czyli będąc w pełni świadomymi, oglądać kolejne wschody. I przeżywać te chwile triumfu życia nad śmiercią.
- Przez miesiąc, codziennie! - krzyczy Zaj.
Niedziela po 10 rano w Los Arcos. Kościółkowo jest. Pusto. Starsze kobiety wystrojone w szare garsonki. Wszystkie życzą Buen Camino. Upał stojący się robi. W wesołym schronisku po prawej od szlaku, całym pomazanym w symbole wolnościowe i new age'owe, pijemy gorącą kawę ze stojącego tam termosa. Wrzucamy za nią parę centów do tekturowej puszki, która wita każde pieniądze.
Nikt nas o nic nie pyta. Ci, co tu spali tej nocy, już dawno poszli. Stan przejściowej pustki.
Coraz więcej winnic. Zrywamy kiście, objadamy się ile wlezie i plujemy skórkami w rytm marszu. Nie my jedni, wyplutków zostawionych przez poprzedników pełno w kurzu tej drogi.
Po lewej duże stado owiec. Jedna maleńka bidula chwieje się na nóżkach i próbuje nieudolnie ssać matkę. Potem od Anabel, wesołej peregrinki z Kanady, dowiemy się, że mała owieczka chwilę wcześniej się urodziła. Anabel chciała odbierać poród.
Szukamy miejsca odpowiedniego na popas, bo pora na almuerzo, czyli drugie śniadanie. Trawy to tu niestety nie ma. Same kamienie, spomiędzy których wyrastają krzaki cudownej, najbardziej biblijnej z roślin. Tak szlachetnie płodna natura wokół, ale do przysiadania nie zachęca. Wszędzie czerwona, sucha ziemia i kamienie. Znajdujemy coś wreszcie. Deskę. Czyli miniławeczkę. Znakomicie. Kasia siada w pozycji lalki szmacianki. Z rozrzuconymi przed siebie nogami. Ucztujemy. Do bagiety posmarowanej serkiem topionym dołączamy parówki frankfurckie.
Faktycznie, obrzydliwe. Pod wpływem ciepła zaczynają się lepić. Zaś wonny olej z sardynek pokapuje na świętą ziemię. Podejrzane misterium na całego.
A tu idą nasi.
- Hola, bonjour! - Ibrahima pędzi przodem, kijki aż trzeszczą. Bernadette chichocząc lekko z tyłu.
My jemy. Właśnie przechodzimy do tuńczyka, gdy nagle... nie do wiary! - nadchodzi Harrison Ford! Jak ten człowiek tu dotarł o tej godzinie? Spał przecież najpewniej w Estelli, czyli ponad dziewięć kilometrów wcześniej niż my! Tymczasem już tu jest.
- Bonjour, hola!
Pozdrawiam gorąco, a ten lekko zbacza z kursu i mi tu kijaszkiem trekkingowym puka w puszeczkę San Miguela.
- Zbyt wcześnie na piwo, zaśniesz - Harrison Ford, jak to Harrison Ford mówi po angielsku.
Prorok. Za dychę. Trochę mnie obraża znowu.
I teraz dopiero wielkie wejście na scenę. Pochylona sylwetka. Spokojny, potoczysty krok. Pochwała kulistości. Anton! Idzie nasz ulubiony Niemiec. Złoty chłop, który o świcie podczas szybkiego, darowanego przez parafię Villamayor śniadania, (w którym brał udział również Legia, ale z nim akurat rozmowy nie było) powiedział, że mu przykro z powodu swojego chrapania.
- Jakie chrapanie, Anton? Te wzdychania? Wyluzuj!
- Mów do niego po angielsku, po polsku nie rozumie - zauważyła trzeźwo Kasia.
- Jak, nie rozumie? Zrozumiał przecież...
I teraz właśnie zjawia się, gdy my rozpijamy trzecie piwko i kończymy bagiety z serkiem topionym.
Czyżbyśmy wszyscy, choć na razie porozrzucani co kilka kilometrów po drodze, zamierzali zanocować dziś we Vianie? Spotkamy się więc w kiblu? I pod prysznicami? W kuchni? Będziemy jak starzy znajomi?
Sansol i Torres del Rio. Trafiamy między te miejscowości po dwunastej. Właśnie tamtejsze kościoły prześcigają się w dzwonieniu. Zawody, który głośniej, dźwięczniej, melodyjniej.
A my akurat pokonujemy głęboki wąwóz między nimi. Najlepsza sala koncertowa. Pełnia ogłuszających dźwięków na tle błękitnego nieba. Te miasta chyba kochają się i nienawidzą zarazem. Od setek lat gadają do siebie, mruczą, wrzeszczą, szczekają.
Wspaniałe widoki, duże podejścia. Robię filmik aparatem. Tytuł roboczy: "Od Zająca, do Zająca". Okręcam się wolno wokół własnej osi, więc trafiam na główną bohaterkę ponownie. Kasia wyszła dobrze, a góry nieszczególnie, bo obraz jest spłaszczony i nie oddaje ich wysokości.
But na kamieniu daje do myślenia. Czy faktycznie właśnie tu rozpadł się komuś trzewik i postanowił go porzucić? A jeśli tak, to czemu nie zostawił obu? Przecież jeden cały but mu na nic... Chyba, że zrobił z niego bukłak na wodę.
But to but, ale ogromny zielony wazon stojący na tym pustkowiu - to dopiero zagadka! Niezły koan ktoś zadał peregrinos: "Milion kroków do Santiago, a zielony wazon stoi".
Lawina myśli. Co zawiera święta amfora? Czas i przestrzeń zaklęte w szkle malowanym? Ale dlaczego akurat na zielono?
Obchodzę uważnie wazon, poprawiam delikatnie, sprawdzam czy silnie stoi i ruszam dalej. Rytualik? Wszystko może mieć znaczenie, wystarczy je tylko nadać, a potem zabawę powtarzać konsekwentnie przez kilkaset lat.
Teraz my wyprzedzamy ich. Robi się naprawdę pięknie. To są góry idealne. Arriba, abajo, - idziemy jak po sinusoidzie. Wszystko w zieleni sięgającej do pasa. Wokół raz winnice, a za chwilę jakieś rodzaje kosodrzewin. Skaliste ścieżki momentami jak w Tatrach.
- Trochę jakbyśmy szli żółtym szlakiem na Granaty znad Czarnego Stawu - próbuję się przemądrzać.
- Albo raczej czarnym skrótem do schroniska w Pięciu Stawach - błyskawicznie reaguje Zając.
Jednak te góry są o wiele niższe od naszych Tatr. I, szczerze mówiąc, daleko im do nich. Jednak to już jest to, co lubimy. Czujemy się świetnie. Ogromna, pozytywna energia. Plecaki nie ciążą. Nauczyliśmy się o nich zapominać. Przy silnie ściśniętym pasie biodrowym wystarczy pomyśleć, że natura pokarała garbem. A co to, garbaci nie chodzą po górach?
Schodzimy się wreszcie razem. Nie ma, co prawda, Antona, ale jest Anabel, która przemknęła nam pozytywnie w Roncesvalles. Spała obok Kasi i o świcie wypytywała jak, zdaniem Zaja, powinna się ubrać.
czytaj więcej:
123
kategorie:
wyprawy
turystyka
podróże
camino
zostaw komentarz:
komentarze internautów:2010-03-28 19:43
(+odpowiedz) coś mi się zdaje, że ten wazon to butla po winie, ten zielony kolor, ale pewnie się mylę
Pustynne dziś Camino, a na końcu szara, niepozorna siostrzyczka robi hokus pokus
Pierwsze objawienie na Camino. Kijki! Ale tylko do nordic walking. Jak zwierzak, na czterech.
Camino de Santiago
Burgos. Wreszcie duże miasto. Śmierdzi, ale ma swoje zalety.
Ilu pielgrzymów widziały przewracające się dziś domy, których gruz spada na szlak?



































