Camino tinto - dzień 5
Gdybyśmy wiedzieli rano, że trafimy do Villamayor de Monjardín... Do takich miejsc powinno się nie chodzić, a biegać i to z szeroko rozłożonymi ramionami. A jeszcze po drodze wino leją za darmo. Chyba się zaczęło.

Camino tinto - w 31 dni na Koniec Świata. Dziennik pieszej wyprawy
autor: Jacek Kiełpiński
*
Dzień 5
Puente la Reina - Villamayor de Monjardín
4 października 2008, sobota.
Droga do Villamayor de Monjardin - ponad 31 kilometrów. Ale wino leje się ze ściany.
Nie wiem, co spotka nas dalej, ale o Monjardín będę pamiętał zawsze. Są takie miejsca na świecie, jak okna otwarte. Może to słynne czakramy? Naprawdę czuć siłę w powietrzu. Chyba za sprawą przestrzeni - miasteczko bowiem jest położone na wysokiej górze i z każdego miejsca roztacza się widok wręcz nieskończony.
Idzie się tam drogą wśród winnic Nawarry. Kwaśne trochę te winogrona, a miejscowi już się zabierają do zbiórki. Trudno nam, laikom, oceniać. Do jedzenia, tak od ręki, jakby zbyt mało słodkie, ale może na wino idealne? Wszak robimy tu vino tinto, a nie jakąś mdławą Sangrię.
Mijamy rozgrzane, suche miejscowości - Cirauqui, Lorca, Villaruerta. Czasem w poiku na rynku woda jest potable, czyli stołowa, czasem jej w ogóle nie ma. Ludzi jak na lekarstwo. Tu sjesta zaczyna się od rana i trwa cały dzień. Nieliczne samochody wywijają po uliczkach nieznacznie tylko od nich szerszych. Wszystkie zderzaki są przytarte. No, ale po to zderzaki przecież są.
Przechodzimy pod akweduktem Canal de Alloz. Tak upragniona przez nas i uzupełniana gdzie się da agua płynie, niedostępna, górą.
Przed Estellą, bardzo starym, zabytkowym, ale też - jak się okaże - niezasłużenie zaniedbanym miastem, ścigamy się z Identycznymi. Francuska para tym razem w identycznych krótkich majteczkach. Towarzyszy im Harrison Ford. Sporo gadają. Więc bierzemy ich pędem.
- Hola! Hola! - i po sprawie. Przecież w Estelli spotkamy się znowu, to może wtedy porozmawiamy. Nie obrażają się.
Dzięki temu sprintowi jakimś cudem udaje się zdążyć do supermerkado. Właściciel zamykał sklep w celu odbycia świętej sjesty, ale robił to w absolutnie rozleniwionym tempie, takim sjestowatym właśnie. Kwadrans po 14 obsługiwał jeszcze jakiegoś klienta. Wpadł więc w błędne koło. Praca wkręciła mu się w sjestę. Dzięki temu się załapuję. Ogromne czynię zakupy, jak na te warunki. Jogurty, wino, piwo, sardynki, ser, tuńczyki, pan, sok pomarańczowy. Zawaliłem plecak po czub i ruszamy dalej. Identyczni kręcą się też po mieście. Chcą tu zostać na noc. My mamy inne plany. Nocleg zaplanowaliśmy przecież w Ayegui, kawałek dalej.
I nadziewamy się szpetnie. Sala gimnastyczna. Schronisko dla peregrinos urządzili tu w sali gimnastycznej, hali sportowej wręcz! Duży, szklany obiekt na środku osiedla mieszkaniowego. Brzydko. W środku nikogo. Zwykłe buenos dias i hola nie wystarczą, trzeba się drzeć na całe gardło. O kurczę, jaki tu pogłos! Echo wali po ścianach jak oszalałe. Wreszcie pojawia się ktoś w rodzaju hospitalero. Z papierochem w ustach wychynął gdzieś z głębi.
- Można spać, czemu nie. Ale...
Tu nastąpiły dłuższe tłumaczenia, część słów francuskich, część angielskich i wreszcie jest dość jasny, ale przerażający przekaz: za dwie godziny odbędzie się tu, na tej hali, międzyszkolny turniej piłki ręcznej. Spodziewać się należy licznej, spontanicznie reagującej, publiczności. Dziewczyny piłkarzy, ich matki, bracia, kumple i tak dalej.
- Naprawdę chcecie zostać?
Czmychnęliśmy. Bez słowa.
Wracać do Estelli? Gdzie będziemy mogli dokładniej przyjrzeć się zabytkom, z których większość wygląda jak potraktowana kwasem? Ponownie wejść do krainy rzeźb o zmasakrowanych obliczach? Czy iść dalej? Jest już koło piętnastej, a do następnego schroniska, właśnie w Villamayor de Monjardín, jeszcze ponad siedem kilometrów. Kasia decyduje. Idziemy. O, chwała ci Zaju za ten przebłysk szaleństwa!
Wchodzimy w krainę Bodegas Irache. Któż nie chciałby być właścicielem takich winnic? Takiego, czystego i miłego biznesu? Wokół ogromne pola winogron, a kawałek dalej fabryka trunku. Obok niej fontanna. Wina. Nikt ze szlachetnych peregrinos nigdy nie zapomni, że wina za darmo na Szlaku Jakuba napił się przed bramą winiarni Irache. Ze ściany wystają dwa kurki. Z wodą i z winem. Każdy pielgrzym ma wybór. Czy ktoś tu kogoś zmusza do picia?
Czerwonym płynem napełniam tylko jedną półlitrową butelkę. Leci bowiem dość cienkim strumieniem, a tu Zaj wyraźnie zaczyna słabować. Musimy iść, robi się późno.
Mijamy gaje oliwne, dziwne lasy bukszpanowe, a przed nami góra ostra jak wulkan. Kasia idzie coraz wolniej, nie ma siły nawet poskarżyć się, co ją boli.
Ja zaś co chwilę staję i wyjmuję z plecaka kolejne piwko. Wyprzedzam ją i czekam. Takie ewolucje nie pomagają jednak Zajowi, raczej ją wkurzają. Naprawdę, nie wiadomo, jak się zachować w takich momentach. Może udawać wykończenie, słaniać się na nogach? Ale przecież Kasia się na to nie nabierze.
czytaj więcej:
123
kategorie:
wyprawy
camino
zostaw komentarz:
komentarze internautów:2010-03-18 22:36
(+odpowiedz) A może Harrison Ford wcale nie mylił Poland z Holland, tylko skojarzył naszą Agnieszkę?
Pustynne dziś Camino, a na końcu szara, niepozorna siostrzyczka robi hokus pokus
Pierwsze objawienie na Camino. Kijki! Ale tylko do nordic walking. Jak zwierzak, na czterech.
Camino de Santiago
Burgos. Wreszcie duże miasto. Śmierdzi, ale ma swoje zalety.
Ilu pielgrzymów widziały przewracające się dziś domy, których gruz spada na szlak?
DZIENNIK WYPRAWY: 31 marca. W Toruniu planujemy być w piątek 1 kwietnia, o godzinie 14.30
































