Camino tinto - dzień 4
Wystarczy postawić żelazne sylwetki pielgrzymów w dobrym miejscu, a każdego dnia setki ludzi zrobią sobie akurat tu zdjęcia. Wspólne fotografie łączą. To pierwsza więź, która potem rozkwita wieczorem w schronisku.

Camino tinto - w 31 dni na Koniec Świata. Dziennik pieszej wyprawy
autor: Jacek Kiełpiński
Szlak Camino de Santiago
*
Pamplona - Puente la Reina
3 października 2008, piątek.
Droga do Puente la Reina - 25 kilometrów i jedna, zasadnicza przełęcz.
O świcie pierwsza panika deszczowa. Jeszcze nie wynurzyliśmy nosa ze schroniska, a już wiedzieliśmy, że trzeba się inaczej ubrać. Ostrzegł nas specjalista od sztucznego mięsa, który wcześniej miał cynk od krzykliwego Włocha śpiącego bliżej wejścia do naszego albergue.
Więc kurtki na karki, a osłony ortalionowe na plecaki. Gdzieśmy czytali, że jak w Nawarrze leje, to do samego końca? Do czubków palców skrytych w najlepszych butach?! Przyjdzie się nam z tym zmierzyć?
Młodzi Anglicy też się zbroją. Promiennie się do siebie uśmiechamy witając nowy dzień. Dziewczyna ma subtelne rumieńce na dość bladych policzkach. On też jakby onieśmielony. Są potwornie szczęśliwi. Pakując się podają sobie wszystko nawzajem - ręcznik, saszetkę, kosmetyczkę, jej skarpety, jego, majtki... nie wiadomo czyje, biustonosz... Dotykają się przy tym niby przypadkowo. Cudowne obrazki.
Niestety. Chyba już się nie spotkamy. Kochani Angole, jesteście tak zajęci sobą, że możecie zapomnieć o szybszym marszu. Macie coś innego. Na razie wam wystarczy.
Okazało się, że alarm był przesadzony. Po jakichś trzech kilometrach, na wyjściu z Pamplony, przymierzamy się do zdejmowania kurtek. Ale nie, znowu zaczyna siąpić.
Wyprzedza nas francuskie małżeństwo, które kojarzymy z Roncesvalles. Ubrani w stroje sygnowane quechua, czyli francuski styl w turystyce. Na szlaku pełno plecaków, kurtek i spodni z tym znaczkiem. Jak sami użytkownicy zapewniają: produkty pochodzące z francuskiej sieci Decathlon są dobre, bo tanie.
A ci postanowili dodatkowo wszystko mieć absolutnie identyczne. Gdy jest zimno - idą w dokładnie takich samych bojówkach i kurtkach. Gdy robi się ciepło - na trzy, cztery zrzucają kurtki odsłaniając takie same koszule z krótkimi rękawami i odpinają dolne części spodni, by pozostać w śmiesznych, krótkich spodenkach. Kłaniają się też równo, dokładnie w tym samym momencie. Uśmiechają identycznie. Zgroza.
Może pracują w tej sieci? Ona na kasie, a on jest kierownikiem zmiany?
Znowu ich doganiamy. Przystają przy grobie kolejnego pielgrzyma (tym razem nie wytrzymało serce peregrino z Belgii) - więc ich wyprzedzamy.
- Bonjour! bonjour! - i chodu.
Jakiś czas potem stajemy przy źródle wypływającym ze skały zaczerpnąć wody, a oni po chwili - z bonjour, bonjour na ustach - wyprzedzają nas.
Dołączył do nich Harrison Ford. Już dawno zauważyliśmy, że gość ma lekki krok. Wspomaga się od niechcenia jednym kijkiem trekkingowym. Plecak maleńki jak na tę trasę, łapa w kieszeni. Duży luz i swoboda.
Wyprzedzamy Hiszpanów, których pamiętamy od Roncesvalles, a poznaliśmy lepiej z Zubiri. To te prawdziwe chłopy, które kuchnię schroniska zamieniły w smażalnię. Wśród nich jest oczywiście Dziadeczek. Stoją pod drzwiami jakiegoś dawno nieotwieranego kościoła, chronią się tam przed deszczem. Przygruchali sobie czarnolicą Hiszpankę, która mogłaby być wnuczką Dziadeczka.
- Hola!, hola! - machamy do nich, a oni do nas szczerząc zęby.
Przed nami symbol obecnej Hiszpanii - zbocze porośnięte wielkimi, białymi wiatrakami. Tu bogów wiatru zaprzęga się do ciężkiej roboty. Jednostajny szum straszydeł wzbudza lekki niepokój. Przynajmniej u mnie. Kasi to jakby nie przeszkadza. Uważa też, że wiatraki specjalnie nie szkodzą widokom. Widzę to dokładnie odwrotnie - zrównałbym z ziemią szpetne potwory. Chętnie bym się napił z Don Kichotem. Trochę o tym gadamy, zwykła wymiana wydyszanych, bo spore podejście, poglądów.
- Może, by się tak pokłócić? - proponuję.
- O wiatraki się kłócić?
Lekko wykończeni docieramy do przełęczy na Sierra del Perdon, gdzie stoją, opierając się powiewom wiatru, charakterystyczne metalowe sylwetki pielgrzymów pieszych i konnych. Znany symbol Camino. Obok jakiś czarnoskóry brat rozdaje ulotki informujące o nowootwartym schronisku, gdzieś tam, po drugiej stronie zbocza. Raczej nie skorzystamy, ale przez grzeczność bierzemy.
Tu warto zrobić sobie zdjęcie. W tym momencie po raz pierwszy dostrzegamy jajcarza w czerwonej kurtce. Od razu widać, że to nasz człowiek. Ubawiony sytuacją po pachy. Totalnie szczęśliwy peregrino...
- Chcecie mieć ze mną zdjęcie?! Proszę bardzo! - wciska się w każdą kolejną grupę ustawiającą się do pamiątkowej fotografii.
czytaj więcej:
123
kategorie:
wyprawy
camino
zostaw komentarz:
komentarze internautów:2010-03-12 19:12
(+odpowiedz) i browarki, nie zapomnij o browarkach. Lysy to swiety czlowiek!
2010-03-11 23:13
(+odpowiedz) vino tinto i skręciki - normalnie taka pielgrzymka, że hola...
2010-03-11 21:20
(+odpowiedz) - Nikt nie chce chodzić na koncerty, wszyscy słuchają tylko płyt. Ten świat schodzi na psy - święte słowa
Pustynne dziś Camino, a na końcu szara, niepozorna siostrzyczka robi hokus pokus
Pierwsze objawienie na Camino. Kijki! Ale tylko do nordic walking. Jak zwierzak, na czterech.
Camino de Santiago
Burgos. Wreszcie duże miasto. Śmierdzi, ale ma swoje zalety.
Ilu pielgrzymów widziały przewracające się dziś domy, których gruz spada na szlak?
DZIENNIK WYPRAWY: 31 marca. W Toruniu planujemy być w piątek 1 kwietnia, o godzinie 14.30































