kajaki
forum
sklep

Camino tinto - dzień 1

Zmęczeni szalonym światem próbują nie zwariować. Rzeczy ważne upychają do plecaków. Ruszają Drogą, którą pokonały przed nimi miliony dzieci Europy. Wieczorami piszą pijąc szklankami vino tinto.

Szlak Camino
Za pierwszym schroniskiem na trasie, gdzie wszyscy stają.

Camino tinto - w 31 dni na Koniec Świata. Dziennik pieszej wyprawy

data publikacji: 2010-02-22

autor:
Jacek Kiełpiński

Szlak Camino

*

DZIEŃ PIERWSZY

30 września 2008, wtorek.

Droga do Roncesvalles. 27 kilometrów po Pirenejach, kilometr i dwieście metrów w górę.

(Mapka w wersji książkowej)

Mój długonogi Zając pomykający z plecakiem stromymi uliczkami górskiej mieściny, a w tle rozświetlone szczyty.

Taki obraz. Święty obrazek. Ten moment wczoraj, zaraz po zejściu z peronu. Chwilę po wyjściu z pociągu, po uwolnieniu się od niego. Wreszcie jesteśmy na Drodze. Zaczęło się. Teraz będziemy szli.

O nogach w tej sytuacji nie da się nie myśleć. Kasia mknie w krótkich spodenkach, błyskają Zajęcze łydki, a ja... czuję ognisty ból we własnym bucie.

Tylko nie to! Nie teraz! Przecież to Saint Jean Pied-de-Port w Pirenejach! Miasto dzielnych wędrowców. A pęcherze, do cholery, mogą się robić po dwudziestu kilometrach marszu, stu, dwustu, sześciuset, ale nie na samym starcie!

foto
Częste przebieranki to norma.

To stąd rusza słynna Droga Francuska, Camino Frances. Tu Coelho zapłakał ze wzruszenia, przeczuwając czekające go liczne olśnienia z mieczem w tle. A mi tu chlupie coś w bąblu?

Idziemy przez miasteczko wyjątkowe, w którym schodzą się cienkie, pajęcze nitki licznych szlaków z całej Europy. Wszystko wiemy i pamiętamy, bo naczytaliśmy się. Jak każdy zresztą przed taką wędrówką. We wczesnym średniowieczu szli dokładnie tędy ludzie z całej Europy, także z Polski. Ciągnęli do Santiago de Compostela, miasta w północno-zachodniej Hiszpanii.

Mówi się, że chcieli w ten sposób podziękować Świętemu Jakubowi za ocalenie przed Maurami. To oficjalna wersja. Czy naprawdę tylko o to chodziło? Naszym dziadom wąsatym też? Co ich naprawdę tam gnało? Czemu decydowali się na wielomiesięczną wyprawę, która do bezpiecznych nie należała? Uznawali ją za swój obowiązek? Traktowali marsz jako umartwienie? Czy też powód do radości i szczęścia związanych z czekającym ich odpuszczeniem grzechów przy grobie Santiago? Bo ponoć w to święcie wierzyli. Szli posępni? Śmiertelnie poważni? A może ze śpiewem na ustach? Trzeźwi czy ululani winem? Podobno przechodziło tędy pół miliona ludzi rocznie. A cała Europa liczyła wtedy koło dwudziestu milionów. Czyli, każdego roku co czterdziesty człowiek ruszał, tak jak my dziś, na Camino. I zdecydowana większość z nich, nazywanych tu peregrinos, spała właśnie w Saint Jean Pied-de-Port. A zasypiając myślała o tym samym, co my teraz. Że jutro czeka ich wędrówka przez nieliche góry. Jesteśmy w naprawdę ważnym miejscu.

A ja kuleję. Przez to miasteczko idę włócząc girą! Przed nami blisko osiemset kilometrów do Santiago, a tu puchnie coś na palcu.

Zrobiło się toto najwyraźniej w Paryżu, po którym, zaraz po przylocie z Polski, łaziliśmy do późnej nocy, nim osiedliśmy w mocno erotycznym hotelu "Ideal" przy Boulevard Jourdan.

A tam na wejściu czarny portier mówiący zduszonym, dyskretnym angielskim z chłodem na twarzy i spojrzeniem mającym za zadanie przekonywać: żadne wasze najbardziej szalone pomysły mnie nie zdziwią, bo widziałem tu takie rzeczy, o których nie macie nawet bladego pojęcia.

Przeżyliśmy tam zaledwie cztery godziny. Do pierwszej w nocy szukaliśmy w małych sklepikach wina absolutnego. A ta zabawa, jak wiadomo, nie ma końca... Kupiliśmy ostatecznie winiacho najzupełniej przypadkowe, które poszło z gwinta, gdy wcinaliśmy kolację serową figlując chwilowo w paryskiej pościeli. Miło i filmowo, gdy zza ciężkich kotar zagląda różowy neon.

O piątej, jak niewyspane dzieciaki wygnane na roraty, wybiegliśmy, by metrem dotrzeć na zaszczurzony Dworzec Montparnasse.

Czekał tam już czarodziejski TGV mknący ponoć 300 kilometrów na godzinę, którego udało się kupić za 19 euro. Dziewiętnaście euro za przejechanie ponad 700 kilometrów do Bayonne! Czasami ten świat, ale tylko w momentach tak zwanych megapromocji, staje się zadziwiająco dostępny.

Oj, nabiegaliśmy się nielicho z plecakami po korytarzach przejściówek paryskiego metra. I wtedy się to gówno przypętało! Bo też byłem w butach, które sam dzień wcześniej zepsułem. Coś mnie podkusiło zmienić wkładki w starych, zajechanych chirucach na nowe. Zwały się, co brzmi jak kpina, Feel Free. Oby je szlag trafił! Palce stopy musiały się na nich minimalnie inaczej ułożyć i stało się.

Więc pogrążony w myślach i coraz zbardziej obolały lezę wczoraj przez to Saint Jean Pied-de-Port za Zającem.

- Rżnąć będę! Kłuć skubańca! - szukam już murku, na którym mógłbym przysiąść i dokonać samookaleczenia.

Tymczasem miga nam facet widziany pierwszy raz w Bayonne, do którego dojechaliśmy z Paryża owym rzeczywiście rączym pociągiem. Wtedy jeszcze nie pomyśleliśmy, że też zmierza na Camino. Okazało się, że to Polak albo - precyzyjniej - berlińczyk polskiego pochodzenia.

Taka scenka. Słoneczne Bayonne, mała baskijska knajpka, gdzie jak w każdej leją piwo Eki, i on. Z małym plecaczkiem i plastikowym kanistrem. Mimo, że siedzieliśmy obok i rozmawialiśmy po polsku, wtedy jeszcze nie reagował. Rozmawiał z kelnerką po niemiecku. On gadał, a ona udawała, że rozumie. Zaciągał się marlborasem, był Europejczykiem pełną gębą.

Dobre dwie godziny później, już w Saint Jean Pied-de-Port, razem dochodzimy do biura Przyjaciół Camino, w którym musimy się o siebie otrzeć, bo to miejsce odwiedzi każdy zamierzający pokonać Camino Frances.

- O, jak miło!!! Państwo z Polski! - nagle go olśniło, gdy w żaden sposób nie mógł dogadać się z obsługą biura. Niemiecki tu do niczego, a polski... tym bardziej. Kasia meandrowała po francusku, ja walczyłem po angielsku - jakoś pomogliśmy rodakowi.

Już myśleliśmy, że mamy towarzysza na pierwszy etap albo przynajmniej na pierwszą noc w pobliskim schronisku, a tu nic z tego. Gdy, po zrzuceniu tobołów w domu dość zadziornej Baskijki, pętaliśmy się po miasteczku, on ze swoim kanisterkiem nadal poszukiwał usilnie taniego hotelu.

- Muszę mieć pokój dla siebie, muszę, muszę...! - trajkotał wręcz.

Nie ma sprawy. Jasne. Ale czemu, do cholery, taszczy pięciolitrowy kanister?

- Jadąc tu nie mogłem nie wstąpić do "Lurdes" - tak dosłownie wyznał, czując najwyraźniej, że już czas, że właśnie dojrzeliśmy do wysłuchania tej świętej historii, która wisiała w powietrzu.

- To woda stamtąd - jakby od niechcenia wyszeptał.

- Aaaa... - Zając prawie skonał.

Wyobraziliśmy sobie naszego rozmówcę wypijającego świętą wodę i zlewającego nią swe utrudzone ciało podczas pokonywania Pirenejów górujących nad nami. Z tego miejsca do Roncesvalles szlak mierzy 27 kilometrów, przy przewyższeniu 1200 metrów... Trzydzieści sześć jedenastopiętrowych wieżowców. To da się iść.

- Ale z kanisterkiem?

- Raz w lewej rączce, raz w prawej?

- Jak z siatą z zakupami?

Postanowiliśmy Pielgrzyma z "Lurdes" obserwować. Może się mimo wszystko zaprzyjaźnimy? Wszak to rodak.

Nie zaprzyjaźnimy się za to na pewno z hospitalerą, właścicielką prywatnego schroniska sąsiadującego z biurem. Kierując nas do niej zrobiono nam przykry kawał. I to Przyjaciele Camino tak nam doradzili!?

Wcisnęła nam pokoik za 25 euro. To potworna cena. Podstęp zwykły. Przecież naczytaliśmy się i znamy ceny schronisk na Camino. Ale, w sumie... Niech będzie, frycowe na wstępie, pal sześć. Oprócz łoża małżeńskiego, którym nas kusiła zachwalając - poprzez wykonywanie jakichś obleśnych przyruchów - jego rozliczne zalety, stał tam jeszcze mały tapczanik (jak wymierzony na nasze plecaki), rzeźbiona baskijska szafa z lustrem, a z sufitu spozierało okienko dachowe absolutnie nieotwieralne. Tak przynajmniej zapewniała hospitalera sugerując mową i gestem wszelkie możliwe katastrofy mogące nadciągnąć przez ten lufcik.

- Buty zdejmujemy w tym miejscu! O, tu! Tu!! Idziemy za mną! Ja pokazuję wszystko, wy słuchacie! Śniadanie dokładnie o siódmej rano! Nie, nie, nie! Nie wolno wstawać wcześniej! Absolutnie! Absolument pas!!!

Wstawaliśmy. Wcześniej. I to dwa razy. O czwartej poleciałem z czołówką na głowie po schodach boso korytarzem na taras, gdzie gospodyni wymajstrowała dla peregrinos doraźny prysznic i kibelek. Trochę jak w szczelniejszej przebieralni na plaży. Wieje ostro. Zimno jak cholera. A w muszli ciemnożółto od moczu. Nie udało się powstrzymać automatycznego odruchu. Może wy, Francuzi, tak potraficie, ale ja dyplomatą nie jestem - nawet po najcichszym sikaniu po ściankach wodę należy przecież spuścić!

I tu w hospitalerę, obudzoną totalnym łomotem rur w jej chałupie, wstąpił duch krwiożerczych przodków. To wszak przełęcz dalej Baskowie wykończyli Rolanda, gdy osłaniał odwrót Franków z Półwyspu Iberyjskiego.

Kolejne przejście wyłapała. Wściekła, że ktoś, a tym razem był to mój Zaj cudnie zaspany, śmie przed świętą siódmą iść do kibla. Wyskoczyła do Kasi z łapami! O czarnym świcie! Baba straszna jak mumia!

Machanie łapami. Wrzaski. Pani megasierżant poczuła się olana. A ona tego baaaaardzo nie lubi!!

Miło było wyjść o siódmej trzydzieści po fikcyjnym śniadanku - buła z dżemem i kawa z mlekiem w miskach, czyli normalnie, jak to we Francji - i mieć tę paskudę gdzieś coraz dalej za plecami.

Saint Jean Pied-de-Port na szczęście nie będzie się z nią kojarzyło. Ale z alejeczką nad rzeką Nive, gdzie z Zajem spożywaliśmy wieczorem piwko King Brau nabyte w sześciopaku za 2 euro.

Gdzieś, za fasadą kamieniczek, przejściówka na jakieś działki, trochę śmietniskowo, obok ślady rwącej rzeki, a w dole ona sama, w tej chwili dość łagodna. Zaplecze tego kurortu próbującego wciskać taniochę pielgrzymkową - kije z tykwami, muszle wszelkiego rodzaju, pamiątki, świątki i inne pierdoły.


czytaj więcej:

123

kategorie: wyprawy podróże camino

fotofotofotofotofotofotofotofotofotofotofotofoto
Polub zwinkę:
komentuj zostaw komentarz:
podpis: *




turing < przepisz tekst z obrazka po lewej




komentujkomentarze internautów:

fotka
~Dominika
2010-02-23 21:49
*   (+odpowiedz)
no, nie mogłam się oderwać! popłakałam się ze śmiechu, widziałam łydki rączego Zająca, bermiar przestrzeni i historii...super
fotka
~iwona
2010-02-23 21:03
*   (+odpowiedz)
cd szybko poproszę, jak z ta wojną chcę się dowiedzieć , wywołałeś czy nieee
fotka
~radecki
2010-02-23 02:10
*   (+odpowiedz)
Chłopie, tylko net jest prawdziwy.... Daj nam całość.
fotka
~reno
2010-02-19 01:13
* git   (+odpowiedz)
Widzę ogromność. Dopolam.
fotka
~rodak
2010-02-19 01:10
* Ale jaja   (+odpowiedz)
Nie wiedziałem, że tak można.
 
zobacz też:
z tego tematu:
Camino tinto - dzień 15
Pustynne dziś Camino, a na końcu szara, niepozorna siostrzyczka robi hokus pokus
Camino tinto - dzień 14
Camino dziś wiedzie do Camino. Jak Hiszpańczyki to kochają!
Camino tinto - dzień 13
Pierwsze objawienie na Camino. Kijki! Ale tylko do nordic walking. Jak zwierzak, na czterech.
Camino tinto - dzień 12
Camino de Santiago
Burgos. Wreszcie duże miasto. Śmierdzi, ale ma swoje zalety.
Camino tinto - dzień 11
Camino de Santiago
Szybkie, małe, zwinne góry do południa i pierwsza laba
Camino tinto - dzień 10
Ilu pielgrzymów widziały przewracające się dziś domy, których gruz spada na szlak?
Camino tinto - dzień 9
Wreszcie przestaliśmy liczyć kilometry. One przecież są tylko umowne.
Camino tinto - dzień 7
Camino tinto - w 31 dni na koniec świata
Camino tinto - dzień 6
W 31 dni pieszo na Koniec Świata
Camino tinto - dzień 5
W 31 dni pieszo na Koniec Świata
Camino tinto - dzień 4
Szlak Camino de Santiago
W 31 dni pieszo na Koniec Świata
Camino tinto - dzień 3
W 31 dni pieszo na Koniec Świata
Camino tinto - dzień 2
W 31 dni pieszo na Koniec Świata
podobne artykuły:
 
© zwinka.pl 2020, portal podróżnika, podróże, wyprawy, przygody | o nas | kontakt | współpraca | zasady | partnerzy | polityka prywatności | regulamin | podążaj za zwinką na